Autor: Jennifer Roberson
Tłumaczenie: Cezary Frąc
Redakcja/korekta: Liwia Drubkowska / Jawiga Piller
Wydawnictwo: AmberData polskiego wydania: 1996
Data oryginalnego wydania: 1984
Cykl / seria: Kroniki Cheysuli (tom 1)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 271
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 8370829961
Język: polski
Cena z okładki: 13,80 zł
Tytuł oryginalny: Shapechangers
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Powracam z zaświatów z książką, którą już lata temu czytałam. Z książką, która od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie uparcie i wcale nie skrycie, trochę w związku ze wspomnieniami i grą tekstową, trochę z racji tęsknoty za klasyką i zwyczajnym fantasy, które wzbudzi we mnie łezkę wspomnień... Ja wiem - to nie jest seria dla współczesnych miłośników romantasy, dla tych, co wszystko mają na tacy - i dlatego świetnie rozumiem zniesmaczenie osób, które siadają do tego tytułu, oczekują cudu, a dostają... no właśnie. Skomplikowany na swój sposób świat, język, zależności i historię, która nie pasuje do współczesnej nowomowy, bo trąca myszką. Ale pod warstwą patyny czają się liry, cheysuli, tahlmorra... czar wspomnień i czasów, kiedy fantasy było fantasy, kiedy wszystko odkrywało się powoli, świat, choć niezbyt skomplikowany, porywał, a Jennifer Robertson pokazała, że choć się zestarzała, to jednak wciąż wywołuje rodzaj sentymentu... Hah!
_________________________________________________________
Alix ma siedemnaście lat i wychowywana jest w dolinie niedaleko Homany, a teraz z utęsknieniem czeka na swego księcia, Carillona. Jeszcze nie wie, że ten przystojny dziedzic tronu ma swoją własną tahlmorrę, podczas gdy ona zostaje uprowadzona przez cheysuli, Finna, człowieka, który może zamieniać się w wilka. Nazywana mei jha, zostaje uprowadzona do siedziby zmiennokształtnych, gdzie dopiero zaczyna pojmować, czym jest jej przeznaczenie. Dziewczyna, choć początkowo buntuje się swojemu przeznaczeniu i temu, kim jest, w końcu się podaje, ale na własnych warunkach, zgodnie z własnymi słowami. A kiedy wojna ogarnia Homanę... Alix zaczyna działać na własnych warunkach, zmieniając tahlmorrę wszystkich...
Powiem tak: o takie fantasy ja nie robiłam zupełnie nic! Dawno, dawno temu czytałam i uznałam to za niezłe, ale nie powalające czytadło - widać, z czasem człowiek się wyrabia, i docenia właśnie takie "czytadła". Mamy tu wszystko, czego się oczekuje od prostej historyjki. Emocje, uczucia, związek, akcję, choć może pokazane jest to w sposób trochę wręcz mocno okrojony, to jednak... kurde, to jest seria fantasy, która wzbudza we mnie rodzaj emocji, sympatii i sprawia, że nie chcę się oderwać. Mamy fajnych bohaterów, świetnie zarysowany konflikt, świat, rasy, które są z sobą powiązane... Co mi nie pasowało...?
Alix ma siedemnaście lat i cały świat przed sobą, wydaje jej się, że jest zakochana w przystojnym książątku. Jeszcze nie wie, że ten cały świat niedługo ulegnie zmianie, a ona okaże się potężną nicią w wątku przeznaczenia. Bo właśnie, rozbijamy się o tahlmorrę, przerznaczenie, które jets obecne non stop. Nasza bohaterka jest wciąż testowana, sprawdzana, i choć uczy się szybko tego, co ją otacza, to jednak wciąż działa na swój sposób i swoich zasadach. I chyba to jest najlepsze, bo w tym wszystkim, wybory i decyzje Alix są dyktowane jej pragnieniem zmiany tego przeznaczenia... ale może wcale tak nie jest? Dziewczyna musi dorosnąć i to bardzo szyko, i nie jest to nic niezwykłego: w czasach, kiedy powstawała ta powieśc, dzieciaki dojrzewały szybciej, niż teraz ;) A przynajmniej były rozsądniejsze. Alix wie, czego chce, co chce osiągnąć. Jest w tym jakaś nostalgia teraz, jakieś uśmiechy dla fabuły, ale w całokształcie, to działa. To pozwala wierzyć, że taki świat może być, a cheysuli faktycznie czekają na swoją wybrankę.
Brzmi nieźle, nie? No właśnie... brzmi. Czyta się książkę bardzo szybko, a pewne sytuacje wydają się być absurdalne i po prostu głupiutkie, i przyczyną tych działań jest właśnie nasza bohaterka. Tu chce do swojego książątka, tu ma swojego męża, tu musi zrozumieć świat cheysuli, ale nie chce, jest wybraną, która nie może siedzieć na miejscu. Duży problem miałam przy samym opisie walk, które wydawały się za szybkie i za mało logiczne. Sploty wydarzeń sa głupiutkie i naiwne, decyzje podejmowane przez postacie wydają się za miałkie i nijakie. Całość to czytadełko fajne, ale jednak brakuje mu tej głębi, którą - wydawało mi się - miało. Wszystko ogranicza się do dość prostego schematu, ona staje się obiektem westchnień kilku mężczyzn, oni o nią walczą, ona okazuje się być wybranką i wnuczką władcy, który nienawidzi całej rasy, więc dawaj, walczyć. Mamy jakieś proroctwo, mamy jakieś przemiany, mamy okładkę, która kompletnie nie pasuje do treści...
Ale jest w tym pewien sentyment. Sentyment i tęsknota właśnie za prostą fantastyką, fantastyką nie skomplikowaną, pozbawioną pierdyliarda dodatkowych wątków. Historia prowadzona jest liniowo, i choć fabularnie mamy potężną ilość skrótów myślowych i logicznych, to wszystko działa. Działa, jest takim wygodnym fantasy, które, choć się postarzało, sprawia, że człowiek się uśmiecha. Wbrew masie negatywów, po prostu czasem dobrze jest sięgnąć sobie o takie czytadełko, które wywoła na twarzy uśmiech i da się połknąć w kilka godzin.
Co więcej, wciąż ta seria wywołuje we mnie pewną nostalgię związaną... z kradzieżą. Kradzieżą nazw, ras i lokacji, ba! nawet imion. Dawno, dawno temu, na pewnej grze tekstowej zwanej "Kronikami Fallathanu" pojawił się... Irimgard. Homana. Cheysuli. Liry. Tynstar... rasa była oczywiście prestiżowa, gracze, by grać żółtookimi postaciami, musieli udowadniać opiekunowi rasy, Tynstarowi, że potrafią... To były dawne czasy, i teraz się z tego raczej uśmiecham z politowaniem, bo - jako dzieciaki, któż z nas znał pojęcie "prawa własności intelektualnych", i teraz by to zdecydowanie nie przeszło. Ale... było. Ktoś mocno zainspirował się właśnie tą serią, i takie kwiatki wciąż jeszcze pośród niektórych graczy - w tym moich znajomych - krążą, wywołując kręcenie głową z niedowierzaniem, że "kiedyś to było".
No ale, sentymenty na bok. Postacie? Są, ale z perspektywy czasu widzę, że stworzono je na dość płaskiej materii. Ona jest śliczna, ale nie ma wiele do pokazania, oni są wspaniali i trącają mi trochę indiańskimi korzeniami. Mężczyźni o nią walczą, ona wybiera jednego z nich, błyskawicznie zachodzi w ciążę, nie martwiąc się konsekwencjami, poznaje swoje dziedzictwo, którego my poznajemy tylko szczątki... Głębi w postępowaniu i zachowaniu postaci bym się tu nie doszukiwała. Co to, to nie.
Po odłożeniu książki aż mam ochotę odkurzyć klasyki: Willow, czy Legendę. Tak, filmy, na których wychowywały się pokolenia dzieciaków lat 80tych i 90tych - choćby dla sentymentu, i nostalgii, jaką poczułam po lekturze.
W całokształcie: jeśli szukacie lekkiego, prostego i nie wymagającego czytadełka, "Zmiennokształtni" są dla was. Sentymentalna podróż w lata 80te, w czasy heroicznej fantasy - zdecydowanie. Jeśli oczekujecie czegoś ambitnego, z fabułą, która wciągnie na miarę Sandersona... to zdecydowanie nie tutaj. Nie mniej, warto czasem sobie sięgnąć po takie staruszki, choćby po to, by docenić, jak fantastyka ewoluowała, zmieniała się, nabierała głebi i kształtu, by ostatecznie... no, już siedzę cicho, moja pogarda dla współczesnej w większości wydawanej fantasty jest i tak dobrze znana... ;)
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz