Gwiazdek: 3
Autor: Juraj ČervenákTłumaczenie: Agata Janiszewska
Redakcja / korekta: Artur Szrejter (w tym redakcja również historyczna, kaszl kaszl) / Wioleta Muszyńska, Dorota Ring
_________________________________________________________
Wydawnictwo: Erica
Data polskiego wydania: 03 kwietnia 2014
Data oryginalnego wydania: 2010
Cykl / seria: Czarnoksiężnik (tom 2)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 323
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788364185007
Data polskiego wydania: 03 kwietnia 2014
Data oryginalnego wydania: 2010
Cykl / seria: Czarnoksiężnik (tom 2)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 323
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788364185007
Język: polski
Cena z okładki: 34,90 zł
Tytuł oryginalny: Radhostův meč
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Cena z okładki: 34,90 zł
Tytuł oryginalny: Radhostův meč
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Rogan powraca z zaświatów, dostaje quest, by znaleźć „żum-żum-żum Radogosta” (nie mogę — o tym jednak później w tekście), do tego jest słowiańskim He-Manem. Historia miesza się z fantastyką, a ja przez pół książki siedziałam z Googlem pod pachą, żeby uporządkować sobie geograficzne nazwy, układy i układziki, plemiona i wydarzenia. I na litość boską — jak ja chętnie bym panu Jurajowi strzeliła w potylicę za pewne rozwiązania, to już tylko ja wiem. Zmęczenie materiału tym nieco ponad trzystustronicowym czytadełkiem? Nie zaprzeczę, pewnie też tak było. Ale na litość boską — ile można? Zapewne dużo. Krótko: zapraszam.
_________________________________________________________
Rogan wstał z zaświatów, wszelka cześć i chwała. No super, ale czy coś to zmienia? Nie, a nawet powiedziałabym, że zmiana zaszła, ale na gorsze. Nasz heros zachowuje się tak, jakby mu ktoś w dolną część ciała wsadził kijek i nim pogmerał. Albo raczej, jakby mu cała krew między nogi spłynęła i tam postanowiła się zagnieździć na dłużej, pozbawiając bohatera zupełnej logiki i działania. Gieruje, herosuje, ratuje jak popadnie, jest "mrocznym mścicielem z nietoperzem z płaszcza" - no kurde, Batman w wersji słowiańskiej normalnie! Wbija z Moreną (nie mylić z morenką, bo na nią z Osą też chadza) do wioski, ratuje wieśniaków przed ludźmi złego władyki, potem ładuje się do grodu tego władyki, ale z niego zwiewa. Wyznacza przy okazji na swoją głowę wyrok, a my za to dowiadujemy się, że władyka, niejaki Włościsław, będący jednocześnie czcicielem Czarnoboga - na zgagę ma sposób i nie jest to ranigast! O nie, w tym wypadku mamy bowiem... malowanie na skórze magicznych znaków krwią jeńców! Logiczne i chyba skuteczne, ale z efektem ubocznym, bo nam się Włościsław zamienia w wilka i goni Rogana z ekipą po okolicy, aż miło. Do tego w końcu docierają do chatki lesiewicza, Dagomira, którego wiecznie nazywają krasnoludem, po drodze obiecując brance powrót do domu, bo jest znienawidzoną w okolicy Czeszką. Rogan kumpluje się szybko z Dagomirem, po czym wyrusza po swój magiczny, tytułowy miecz, który robi "żum-żum-żum!" przy każdym ruchu, świeci na czerwono, ma w sobie ogień i sprawia, że nasz He-Man słowiański za nim lata. Mamy więcej walk, niezrozumiałych decyzji i jazdy z punktu A do B, bez głębszego sensu i logiki, bo przecież nasz słowiański He-Man wie, ale po co to wiedzieć czytelnikowi...
Ludu złoty, ile razy chciałam rzucić tą książką w cholerę, wiem tylko ja. I tak, chodzi tu zarówno o poziom fabularny - czyli w zasadzie ubogi aż boli, nijaki świat z nadmiarem bardzo kretyńskich walk, o których zaraz, z bohaterem, który ma kompleks "wszystko potrafię", i magicznym mieczem, który pojawia się, kiedy chce i robi "żum-żum". Jak pierwsza część była całkiem... ok, choć wybitną bym jej nie nazwała specjalnie, tak tu wyraźnie mam spadek i to na łeb na szyję.
Autor wyraźnie nie skupił się na budowie świata, na przedstawieniu słowiańszczyzny, która mimo wszystko jest fascynująca. Zamiast tego mamy kilka rzuconych pośpiesznie nazw plemion i zastanawiaj się, człowieku, w którą stronę bohaterowie ruszają, bo geograficznie to miałam nielichą zagwozdkę. Jak pisałam we wstępie, Google służyło mi co chwila pomocą, bo musiałam sprawdzić, gdzie płynie rzeka, wzdłuż której się nasza drużyna (nie)specjalna porusza, co za plemiona są i czy na pewno w tych, a nie innych terenach się pojawiają... No po prostu czysty chaos. Momentami mocno się gubiłam, gdzie, co i jak. Podobnie ze słowiańską kulturą - jest, niby są wymieniani bogowie, niby wszystko się pojawia, jak pojawiać się powinno, ale tak naprawdę potraktowane jest wszystko tak koszmarnie po łebkach, że aż momentami bolało. Straszliwie to drażniło i wyraźnie wskazywało mi teraz, że autor po prostu dąży tylko do albo kolejnej morenki, albo walki. A te walki...
Ja nie wiem, gdzie ja oczy miałam, kiedy czytałam pierwszy raz tę serię, i dlaczego byłam zachwycona. A nie, wiem. To było... 12 lat temu. Więc trochę mi się gust zmienił, zdecydowanie. A same walki? Cóż - nie ma tu żadnej finezji, żadnego pomyślunku, tylko rachu-ciachu, krew, krew, krew i flaki! Dosłownie, zaserwowano mi tu opisy ludzi, którzy przecinani są na pół (!), po chwili ta wyższa połowa ciała spada w dół z mokrym pluśnięciem, a wokół jest krew. I więcej krwi. I jeszcze więcej krwi. A wszystko to za sprawą "żum-żum miecza", w którym zaklęty jest demon, ale co z tego, skoro Rogan nad nim panuje. Sama scena odnalezienia miecza napisana była tak kretyńsko zresztą, że po prostu ręce mi opadły. Zresztą same pojedynki opisane są mocno po łebkach, głównie by pokazać, jak żum-żum robi bzzz i świeci na czerwono, nasz He-Man jest nie do zabicia, podczas gdy na przykład Osa tylko nas informuje, że z trudem pokonała przeciwnika... Tak samo jest tu z magią - potraktowana została strasznie po macoszemu, ot, skup się i już. Postacie myślą i magia się dzieje!
Brakuje tu wiele. Głównie warsztatu, widać, że autor pisał na szybko, na kolanie, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Historia miała potężny potencjał, szansę na rozbudowę świata i pokazanie, że historia naszych południowych sąsiadów, zwłaszcza ta nieco wysunięta na zachód, za Sudetami... Naprawdę liczyłam, że będę bawiła się świetnie, a zamiast tego wywracałam co chwila oczami, a uderzenia w czoło powoli przypominały rubikowską muzykę - bo z taką regularnością się pojawiały. Bohaterowie stracili praktycznie wszystko, co mogli stracić, od swojej osobowości aż do motywacji. Zupełnie nie kupowałam niczego, co się tu wydarzyło, a kolejne wydarzenia zdawały się być wciśnięte, bo tak, dla zasady. Choćby rozdział z niewolnicą - przez połowę nie ma o niej słowa, a kiedy już jest, nie chce mi się wierzyć w to, co się dzieje. Szkoda. Bardzo szkoda, bo historia mogłaby się bronić, a zamiast tego dostałam czytadełko, które i owszem, dało mi rodzaj inspiracji, ale nic poza tym.
Bzdurek i koszmarków jest tu co niemiara, język jest straszliwie ubogi i uproszczony. Zarówno jako język autora, jak i tłumacza - część zdań to dosłownie kalka z języka oryginalnego, co, jako mieszkanka pogranicza, wyłapałam po prostu z miejsca - i rwałam sobie włosy z głowy, jak tak można. Dodajmy do tego bardzo współczesny język dialogów i te nietoperze skrzydła, miecz świetlny z ledami w rękojeści...
Ugh. Jeśli ktoś liczy, że ta część będzie lepsza od poprzedniej, że rozbuduje świat, że wciągnie nas w historyczne wydarzenia - niech porzuci takie marzenia. Za to dostanie się tu słowiańskiego He-Mana, który może wszystko, ma magiczny miecz i jest po prostu kretynem... Bogata historia, czasy walki o tereny - to wszystko sprowadzono do: bijo sie, ci z tamtymi a tamci z tymi. Nie lubimy tych, bo nie lubimy tamtych. I tyle...
No, nie bawiłam się dobrze. A szkoda. Bo miałam spore oczekiwania, moje wspomnienia też wiązały się z fajną zabawą. Może, gdyby na nowo przetłumaczyć tę pozycję, zredagować ją... był potencjał, a nasi południowi sąsiedzi, tak Czesi, jak Słowacy, mają całkiem spore zaplecze pisarzy, dobrych pisarzy i warto by im dać szansę. Ale taką uczciwą. A nie... po łebkach, jak w "Żum-żum-żum Radogosta"... ;)
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz