sobota, 8 listopada 2025

93/2025 - Juraj Červenák, Władca wilków

Gwiazdek: 5

AutorJuraj Červenák
Tłumaczenie: Agata Janiszewska
Redakcja/Korekta: Artur Szrejter / kaziki.pl
Wydawnictwo: Erica
Data polskiego wydania: 10 maja 2012
Data oryginalnego wydania: 2009
Cykl / seria: Czarnoksiężnik (tom 1)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 376
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788362329403
Język: polski
Cena z okładki: 34,90 zł
Tytuł oryginalny: Vládce vlků

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Fantastyka pochodząca od naszych południowych sąsiadów - czechów i słowaków - wydaje się być prawie zupełnie nieznana w naszym kraju. A szkoda, wydawnictwa naprawdę mogłyby się zainteresować, bo to książki naprawdę przyjemne w odbiorze i fajne, które czyta się szybciutko, tak "na raz", jeśli nie analizujemy. Nie inaczej jest z Jurajem Červenákiem, słowackim autorem, którego w Polsce wyszły dwie serie... i obie niewydane do końca. Czemu? Stawiam, że małe wydawnictwo splajtowało. Ku mojej zadumie, bo autor zostawił naprawdę ciekawy kawałek pseudo-wiedźminowskiej fantastyki, na którym bawiłam się zaskakująco... nie, nie dobrze, nie przyjemnie, ale po prostu ok. Jest słowiańsko, jest krwawo i jest gadający wilk. Jest naiwnie, jest głupiutko, ale hej, mamy słowacką i słowiańską odpowiedź na wiedźmina! Czego chcieć więcej? A tak. Zakończenia. To co? Zapraszam do poznania się z Czarnym Roganem i jego dziwnymi przygodami nie tylko w królestwie Czarnoboga... Krótko i marudzę!

_________________________________________________________

Rogan, zwany Czarnym, ma w życiu tylko jedną misję - zemsta na plemieniu Awarów, zwanych Krwawymi Psami za śmierć własnej rodziny. Dokonuje tego metodycznie, wybijając przeciwników tak, by nigdy nie mogli znów powstać. Przez przypadek w karczmie, w której się zatrzymał i która prowadzona jest przez gnoma/karła/krasnoluda/skrzata - niepotrzebne skreśl, tłumacz nie umiał się zdecydować - poznaje pewną złotowłosą wiedźmę, Mirenę (odnoszę wrażenie, że każda kobieca postać poza Moreną, ma złote włosy...). Ich losy się splatają dość szybko, para rusza w poszukiwaniu siedziby Krwawych Psów, w międzyczasie dołącza do nich pewien rudowłosy mężczyzna - Wielimir, prowadzący ich do Długiej Łąki, dawnego miejsca zamieszkania tego ostatniego. Tu jednak też Awarowie już byli, więc przypadkiem skrzykując plemię Boryniaków, cała ekipa rusza do leża Psów, by wywrzeć zemstę... 

Brzmi całkiem nieźle, prawda? Słowiańskie klimaty, Awarowie, Bohema, słowiańskość wjeżdża na pełnej, mamy bogów, magię, solidnego bohate... STOP. Mamy nic. Znaczy wróć, mamy coś, bo mamy pomysł, i nawet próbę realizacji - słowacką odpowiedź na naszego polskiego Wiedźmina. Silny, ponury bohater, który poluje na "potwory", śliczna czarodziejka, nie do końca zawsze bystry kumpel... no wypisz wymaluj, Sapkowski unosi brew. Ale, Rogan jest czarnowłosy i napędzany pragnieniem zemsty, Mirena to blondynka z tatuażami na twarzy i warkoczykami we włosach, a Wielmir to topornik. Więc nie mamy tu kalki, tylko coś innego. Do tego mamy duuuuuuuuużo "słowiańskości" (o tym zaraz) sporą dawkę krwawych opisów, i szybko pędzącą w przód akcję. I ja nie wiem, od czego zacząć, serio. No dobra, zacznijmy więc od... fabuły?

Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Napędzany zemstą, i poprzedzany mroczną sławą Rogan pragnie tylko jednego. Los stawia go gdzie go stawia, rzuca między światem żywych i umarłych, wpycha w łóżko bogini zaświatów (a co), dostaje kumpla wilka, a w międzyczasie wpada w siedzibę Krwawych Psów i robi rozpierduchę. Wszystko w otoczeniu znajomych, bo przecież. Fabuła gna więc nam na łeb na szyję, zupełnie nie przejmując się czytelnikiem - mamy tu potężną dawkę różnych absurdów. serio. Postacie ogarniają, jakie są kraje, jakie plemiona, doskonale określają Franków, Bawarczyków, Awarów, Bałkany... ja rozumiem, że czasy, kiedy autor pisał tę książkę nie obfitowały w wiedzę, jaką mamy teraz, ale po prostu to strasznie boli i z czytelnika robi kretyna, który nie musi znać historii. Płaszcze mają kaptury (spojler i odrobina rekowiedzy: w tamtych czasach płaszcz był płaszczem a kaptur był kapturem), a produkt wiedźminopodobny wręcz wyskakuje mi z kolejnych stron. Dosłownie. Nie trzeba znać na pamięć całej sagi od pana Andrzeja, ba! nie trzeba było grać w grę spod CD Projekt Red, by wyczuwać, że to po prostu produkt wiedźminopodobny. Na raczej małej ilości stron, bo 355 (nie licząc notki historycznej), mamy taką dawkę wydarzeń, że to aż dziw. Dzieje się wiele, jeszcze więcej się krwi leje, a postacie pojawiają się i znikają, jak autorowi było wygodnie. Teraz to by zdecydowanie nie przeszło, albo byłoby mocno poprawione... choć nie ukrywam, jeśli po prostu traktować "Władcę wilków" jako czytadełko, to bawiłam się przednio, odpoczęłam i zwyczajnie pozwoliłam historii płynąć.

Bo historia płynie, szybko, zdecydowanie, krwawo. Dziury logiczne i fabularne autor maskował przeskokami do kolejnych wydarzeń, a im niektóre bardziej krwawe i nieprawdopodobne, tym lepiej. Doprawdy, do teraz dumam nad "krwawą gwiazdą" i faktem, że postać została przybita do krzyża za nadgarstki i stopy, ale ma siłę się nieco podciągnąć... Niby głupotki, ale raziły. Podobnie jak raziła naprawdę słaba redakcja i tłumaczenie, bo momentami łapałam się za głowę i pytałam, skąd takie koszmarki językowe w zdaniach. Najlepszym przykładem było to: "Młodzieniec krwawił - na lewym przedramieniu miał otwarte złamanie." - rozumiem, o co chodzi, ale brakuje wygładzenia tego zdania... 

Ale ja to ja, więc gdzieś na dnie mój mózg analizował i historyczne wydarzenia i tło historyczne, i zachowanie postaci, i ich ubiór... I musiałam sobie często przypominać, że ta książka ma już trzynaście (a oryginał piętnaście) lat, wiadomości zmieniły się znacząco, świadomość historyczna wzrosła, ale bzdury historyczne... jak były, tak są. Nie wiem, co bolało mnie bardziej - słowackie odpowiedniki bóstw, które w języku polskim brzmią inaczej, kosmologia, która sprawiła, że kwiliłam (Białobóg - chrześcijański bóg?!), czy po prostu bohaterowie, którzy... byli? 

Właśnie, bohaterowie. Niestety, ale wyraźnie żadnego nie da się opisać. Oni byli, wydawać się mogło, na jedno kopyto. Poza wyglądem, nie wyróżniali się kompletnie niczym, co mogłoby ich charakteryzować. Dobra, przydomek "Czarny" w przypadku Rogana, bo... ma czarne włosy. Poza tym, autor zdecydowanie opierał się na wiedźmińskich kierunkach, ale zupełnie nie dał postaciom głębi, czegoś, co sprawi, że z nimi sympatyzujemy. Może, jasne, młodszy czytelnik będzie zadowolony, ale tu wyraźnie czegoś brakowało. I chyba wiem, dlaczego. Nie, nie tylko z racji braku dobrze przedstawionego świata, a raczej jego dziwacznej namiastki "środkowej Europy słowiańskiej kilkadziesiąt lat po legendarnym założycielu Bohemy), ale i tłumaczenie. Tłumaczenie było straszne. Litości, tłumaczenie było wręcz koszmarne - widać, że wydawnictwo było młode, nie miało doświadczenia. 

W całokształcie "Czarnoksiężnik. Władca wilków" nie jest książką złą. Jest... przeciętną, ale porządna redakcja, korekta i wydanie z pewnością dobrze by jej zrobiło. Czeska i słowacka fantastyka jest naprawdę godna uwagi, a Červenák to zdecydowanie autor, który mógłby podbić polski rynek. Tylko dać mu szansę. Sama powieść zła nie jest, ale nie jest wybitna - ot, czytdełko, które fajnie wypełnia czas, ale nic ponad to. Gdyby jednak pokusić się, na nowo przetłumaczyć - może zredagować oryginał - myślę, że ten "produkt wiedźminopodobny" okazałby się naprawdę niezłym kawałkiem literatury, gratką i odpowiedzią naszych sąsiadów, w bardzo mocnych, słowiańskich klimatach.

Póki co - moje wspomnienia zderzyły się w rzeczywistością, i choć nadal mam potężny sentyment do pana Červenáka - wezmę wspomnienia przez trzy podzielę, i do kolejnych części usiądę ze zdecydowanie mniejszym entuzjazmem... ;)

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz