piątek, 14 listopada 2025

97/2025 - Julia Quinn, Mój książę. Bridgertonowie

Gwiazdek:
 4
AutorJulia Quinn
Tłumaczenie: Wiesław Lipowski
Redakcja/korekta: brak danych
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data polskiego wydania: 2021
Data oryginalnego wydania: 2000
Cykl / seria: Bridgertonowie (tom 1)
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Stron: 488
Wersja: papierowa, pożyczona
Oprawa: miękka
ISBN: 9788383352572
Język: polski
Cena z okładki: 49,90 zł
Tytuł oryginalny: The Duke and I

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Ja zwyczajnie muszę zapamiętać jedno. Albo bardzo ważne działanie. Mianowicie takie, że kiedy na Karczmie mam zakaz mówienia, że coś mnie głupio kusi, bo potem wchodzą nice, całe na biało (dobra, w tym wypadku, na niebiesko, bo Saphcia) i mówią, że "nie dam rady", albo coś równie irytującego, więc ja, jak przystało na tą kochającą ciotkę, mówię: "potrzymaj mi siekierę!" i... witamy w świecie, w którym żyję, Martix to pikuś. Tak też oto, od słowa do słowa i dobrowolnego oddania NA PRZECHOWANIE! siekiery, zgodziłam się przeczytać całość tego klasycznie romansowego koszmarka, który stał się nieoczekiwanie po ekranizacji mokrym snem połowy kobiet, a dla mnie przypomnieniem, że taka literatura istnieje, że jest, że krindż ma się świetnie. Jeżu z Amareny słodki w jabłuszkach zapiekany, przede mną jeszcze co najmniej 7 wieczorów z tym koszmarkiem. Bo seria ma tomów 8, a ja, jak to ja... cierpienie podobno uszlachetnia, więc cierpcie ze mną. Krótko. Serio. Zapraszam.

_________________________________________________________

Daphne Bridgerton, czwarta z ósemki dzieci Violett Bridgerton, uważana jest za pannę śliczną, mądrą i wspaniałą, ale tylko w roli przyjaciółki. Kawalerów wokół niej jak na lekarstwo, podczas gdy ona od dwóch sezonów pokazuje się na balach i przyjęciach, a jej matka z upartością kombajnu pożerającego pole pszenicy, chce córkę wydać za mąż. Mamy też Simona, księcia Hastings, który po kilku latach podróży i wojaży wrócił do Londynu ze świadomością, że absolutnie nie zamierza się żenić, a tym bardziej, płodzić dziedziców, bo jego dzieciństwo było niezbyt różowe, więc nie zamierza tego powielać. No ale, los chce, że ta dwójca spotyka się przypadkiem na balu u pewnej szacownej starszej matrony w dość niekomfortowych dla damy warunkach. Od słowa do słowa, od podbicia oka do walca, Daphne i Simon układają plan, który ma na celu jej naroić kawalerów, a jemu oszczędzić straszliwych Ambitnych Matek, chcących księcia upolować. Oczywiście, od słowa do słowa, od spotkania do spotkania, obserwujemy, jak ten "spisek" zamienia się w uczucie, ostatecznie Daphne wychodzi za Simona i żyją długo i szczęśliwie razem, przez dwa tygodnie, bo przecież dramat musi być. Śledzimy więc rozpacz małżonki po tym, jak wykorzystała pijanego Simona, pełne dramatyzmu reakcje jej braci, oczywiście, nawrócenie księcia... i na koniec wszyscy żyją długo i szczęśliwie, zostawiając czytelników z traumą. 

Ja się do teraz zastanawiam, co mnie podkusiło, dlaczego się zgodziłam i za jakie grzechy czytałam to naprawdę błyskawiczne "guilty pleasure" 😅, niewnoszące w moje życie absolutnie niczego, poza niedowierzaniem, że ja to czytam. Książka naiwna jak kilo gwoździ między kapustą, wierzące, że uda marchewkę, dosłownie. Jeżu słodki, bosostupky. Serio. Za jakie grzechy... 

Akcja dzieje się w okresie regencyjnym, początkiem XIX wieku w Londynie. Mamy więc wyższe sfery, socjetę, bale, debiuty, suknie w stylu empire i plotki salonowe. W końcu mamy na początku każdego rozdziału rubrykę z "Kroniki Towarzyskiej Lady Whiseldown", czyli plotki, ploteczki, plociąteczka. I chyba to było w miarę fajnym punktem lektury, bo obserwacja błyskawicznie rozwijającego się romansu między Brighertówną a księciem średnio była wiarygodna. Ale jeszcze dało się to pojąć, że może tak się stać. Co prawda, z przymrużeniem oka, ale ok. Bo przyznaję, że początkowo na obserwacji tej relacji bawiłam się nawet, bo poza spojrzeniami, czy ukradkowymi dotknięciami nie było wiele więcej, a do tego dochodził Anthony, najstarszy z braci naszej bohaterki, który mimo całego swego opiekuńczego tonu, wprowadzał nieco humoru w sceny. Potem mamy pośpieszny ślub, i to dość pośpieszny, bo pistolety były w ruchu... I później przez prawie połowę książki śledzimy łóżkowe perypetie naszej pary. Dosłownie, sceny keksu są tu prawie co chwila, wciąż obserwujemy, jak Simon uwodzi Daphne, jak Daphne się daje, kładzie na pleckach i pozwala pach-pach-pach, a potem Simon się wycofuje... i wszyscy są (nie)szczęśliwi, bo nie będzie dziedzica, aż do żenującej sytuacji, w której księżna Hastings (bo taki tytuł nosi nasza panna) nie wykorzystuje swego do cna pijanego małżonka, by osiągnąć swój cel i zajść w ciążę... oczywiście, jest tragedia, Anthony musi interweniować, ale ostatecznie wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

NA LITOŚĆ BOSĄ STUPEK JEŻYKA! 

Ta książka była tak naiwna, tak głupia, tak absurdalna, że... nie mogłam się oderwać. Po prostu poddałam się tej fali i płynęłam z nią radośnie, nie myśląc o tym, co czytam, tylko czytam. Totalne guilty pleasure, które zostawia straszliwy wyrzut sumienia: w ciągu tego dnia, gdzie to przeczytałam, mogłam poszukać o wiele lepszą lekturę i się nią zająć. A jednak, po prostu dałam się porwać i bawiłam się zaskakująco... dobrze? Aż wstyd przyznać, ale taka prawda. To lektura szybka, głupiutka, naiwna, z łzawymi bohaterami i akcją, która skacze od wydarzenia do wydarzenia, nie dając możliwości do złapania oddechu. Ot, po prostu, lecimy szybko, rozdziały połykały, nie przejmując się infantylnością fabuły - i do dziś nie wiem, czemu czerwona platforma zekranizowała te książki i oczywiście dała "poprawność polityczną bohaterów", gdzie tu wszystkie postacie są typowo angielskimi damami i gentelmenami, ale... to ja ;) No ale - prosty styl, jeszcze bardziej prosty język, trochę świata socjety i już mamy przepis na lekką, babską literaturę. Dodajmy do tego te żenujące sceny keksu, które może i się ludziom podobają, ale... no nie. Jakoś dla mnie były sztywne, nijakie i po prostu brewka mi skakała. Omal nie "marszczyła się" jak Simonowi, ale na szczęście, moja brew jest całkiem wychowana i po prostu unosi się w górę... ;) 

Postacie? No... są. Daphne jest "słodka i łagodna", ale jednocześnie potrafi wymierzyć prawego sierpowego, bo szkoliła się przy czwórce braci. Poza tym, to delikatna dama, która "nie ma kompletnie doświadczenia z mężczyznami", czyli taki ideał epoki. Wychowana w gwarnej rodzinie, kocha rodzinę i nie wyobraża sobie, że mogłaby nie mieć dzieci. Simon zaś to hulaka, cynik, zamknięty w sobie człowiek, który w dzieciństwie zniknął dla swego ojca, bo się jąkał. Dlatego jest chłodny i wyniosły i nie chce dzieci. Teoretycznie przeciwieństwa, ale... nie umiem o nich powiedzieć kompletnie nic, tak samo, jak nie powiem nic o pozostałych Bridgertonach - są. Po prostu, są. Tyle; proszę, nie oczekujcie ode mnie czegokolwiek więcej. Najbarwniejszą postacią jest cała ta "Lady Whiseldown", plotkara, rzucająca na londyńską socjetę doprawdy niezwykły urok, choć nikt nie wie, kim ona jest...

W całokształcie "Mój książę" nie jest książką złą. To przerywnik, zapychacz, pozycja, którą można wciągnąć na raz i zapomnieć. Dla miłośników romansów per se, jak i ich historycznych odpowiedników, gdzie z historycznością mijamy się niczym Pendolino z szybkim pociągiem w  Tokio - niby i to i to służy do komunikacji, ale jednak po japońsku nie mówimy... ;) to pozycja naprawdę spoko. Tudzież, jak czekamy w kolejce do lekarza, czy gdziekolwiek, mamy chwilę czasu i chcemy poczytać jakąś miłą, lekką głupotkę, która odświeży nam literacki gust. Ale by to było dzieło wybitne? No... nie.

Jasne, bawiłam się nieźle. Pewnie za kilka - może kilkanaście lat sięgnę znów. Na pewno jestem święcie przekonana, że to będzie super prezent dla miłośniczki lekkich, niewymagających romansów. Dla mnie jednak to pozycja, która zapełnia czas i zapomina się o niej, i doprawdy, pamiętać chyba nie chcę. Choć... nie ukrywajmy, to wciąż wyższy poziom, niż połowa pornoli wydawanych aktualnie... ;) 

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz