Autor: Mary Shelley
Tłumaczenie: Olga Szarek-Ratkowska
Redakcja/korekta: nie podano
Wydawnictwo: Hachette PolskaData polskiego wydania: 01 maja 2023
Data oryginalnego wydania: 1818
Cykl / seria: Mistrzowie horroru i fantastyki
Kategoria: horror
Stron: 192
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: twarda
ISBN: 9788328247406
Język: polski
Cena z okładki: -
Tytuł oryginalny: Frankenstein; or, The Modern Prometheus
Cena z okładki: -
Tytuł oryginalny: Frankenstein; or, The Modern Prometheus
Kliknij, by wrócić do strony głównej
_________________________________________________________
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)
Od czasu, kiedy na pewnej czerwonej platformie z jedną tylko dużą literką króluje "Frankenstein", świat wpadł w jakąś manię zachwytu, poklasku i mówienia: OTO PRAWDZIWA EKRANIZACJA. OTO SZTUKA. Del Toro zobrazował dzieło Shelly z uczuciem i geniuszem! Cóż. Wówczas weszłam ja, cała na biało, obejrzałam, w połowie zasnęłam, w połowie darłam się na kostiumy i historię, która pamiętałam jak przez mgłę, bo czytałam ją jakoś w liceum... i dlatego stwierdziłam, z całą moją upartością, że... Odkurzę sobie tę historię. Historię kreacji, zabawy w boga, powstania i upadku. Dramat, horror, który nie jest do końca horrorem i tragedię w jednym. Zdecydowałam się na podróż w głąb przepięknego języka i historii o Potworze i jego Stwórcy. Historię, która wyciska mi łzy z oczu i zostawia z mnogością pytań, pytań o to, kto tak naprawdę był dobry, a kto zły. Przepiękna, klasyczna opowieść o upadku, o tragedii, klasyka, korzenie współczesnych horrorów i opowieści grozy, które rozmyły już dawno w sobie to, co Shelly stworzyła. A stworzyła pięknego Potwora... O jakże to była niezwykła, emocjonalna podróż! Odpalcie sobie nastrojową muzykę z wiolonczelą, zapalcie świece i dajcie się porwać historii, która jest absolutnie ponadczasowa, i żaden "geniusz kina" tego nie odda, choćby skały srały! Jak diametralnie różni się historia od ekranizacji...? Welp... Zapraszam!
_________________________________________________________
Akcja powieści zaczyna się niewinnie - Shelly wprowadza czytelnika w swój zamysł, opowiadając o tym, jak z przyjaciółmi spędzając lato w Genewie, postanowiła napisać opowieść grozy. Szczegóły okoliczności łatwo możecie sobie sprawdzić, ja tylko powiem, że w sprawę zamieszany był choćby lord Byron... Ale do rzeczy. Powieść rozgrywa się w formie listów, pisanych z Sant Petersburga przez Roberta Waltona do jego siostry, Margaret. W nich to pan Walton opisuje swe pragnienie wyprawy na północ, jako podróżnik i badacz, który, nieoczekiwanie, na swej drodze zostaje postawiony naprzeciw wyczerpanego i zmęczonego mężczyzny, w którym ledwie dusza się plącze. Kiedy mężczyzna dochodzi do siebie, zaczyna snuć opowieść o tym, skąd się znalazł na dalekiej północy... Wiktor Frankenstein, bo nim właśnie jest odnaleziony, zaczyna snuć swoją opowieść. Od szczęśliwego dzieciństwa, w którym poznaje swego przyjaciela, przez poznanie z kuzynką Elizabeth, która zostaje przygarnięta przez jego matkę, aż po narodziny Williama, najmłodszego z Frankensteinów, przy porodzie którego umiera matka Wiktora. Najstarszy z potomków szybko orientuje się, że jego pasją jest nauka - wybiera w końcu uniwersytet w Ingolstadt, gdzie zaczyna fascynować się tajemnicą życia i śmierci. Tam też powstaje dzieło jego życia, Potwór, istota kryjąca się w cieniach, na brzegu widzenia, tak straszliwe stworzenie, że nawet jego stwórca się od niego odwraca i ucieka. Jego tropem wciąż jednak podąża kreatura, którą stworzył, a wszędzie tam, gdzie się pojawi, zaczynają też umierać najbliżsi Frankensteina...
Kto tak naprawdę jest ofiarą a kto oprawcą w tej powieści? Kto jest złym, a kto dobrym? Mary Shelly zdaje się pytać o to czytelnika już od pierwszych stron, szukając wyjaśnień w mglistej moralności, w nieoczywistym strachu, ale jego odcieniach, czających się na granicy widzialności, tuż na granicy zmysłów. Opętany wizją stworzenia, życiem i śmiercią, Frankenstein nie cofa się przed niczym, pragnąc stworzyć istotę doskonałą. Kiedy jednak ją tworzy, orientuje się, że nie tylko nie jest Stwórcą, Bogiem, Kreatorem, ale i musi odpowiadać za to, co stworzył. Dlatego ucieka, porzuca Potwora, i postanawia wrócić do rodzimej Genewy. Jeszcze nie wie, że to, co wykreował, śledzi jego kroki, a może nawet wyprzedza. Kiedy zaś poznajemy perspektywę Monstrum... zaczynamy dostrzegać, kto faktycznie jest Potworem.
Shelly wykreowała świat mroczny, niepokojący, zły. Ale jednocześnie obrazujący, że nawet jeśli stworzyły coś, co zobrazuje nasze lęki, strach i ból - będziemy za to odpowiedzialni. Stajemy się rodzicem, kreując to, co powstało jako dzieło naszych rąk. I nie ważne, czy chodzi o dziecko, psa czy roślinkę - bierzemy za to odpowiedzialność. Potwór, będący w większości istotą żyjącą na uboczu, na krawędzi widzenia, jest odbiciem lęków Wiktora, a jednocześnie istotą pozostawioną samą sobie. Nie rozumie świata, nie wie, co i jak, dlatego przypadkowe schronienie w komórce i słuchanie wygnanej, francuskiej rodziny jest dla niego takim odkryciem. Że istnieją emocje inne niż pogarda. A jednocześnie potrafi być przerażający, potrafi odbierać wszystko, na czym jego Stwórcy zależało.
To powieść nie tylko grozy - choć w dość subtelnym teraz tego rozumieniu, ale i powieść o tragizmie jednostki, o pragnieniu i ambicji, które potrafią zabijać równie mocno, jak wiara w "płaską Ziemię", że to tak ładnie nazwę. Dla niektórych na pewno będzie niezrozumiała, o tak, mam tego świadomość. Specyficzny język, akcja, która ciągnie się niemiłosiernie, brak "krwi, krwi i flaków" czy archaizmy mogą odstraszyć. A jednak - warto się poświęcić i spróbować poznać ten klasyk. Klasyk opowiadający o tym, jak pragnienie geniuszu i stworzeniu prowadzi do upadku. O tym, jak dobro można przemienić zło, a brak miłości niesie z sobą cierpienie. Samotność rodzi gniew, pragnienie zemsty, a brak zrozumienia... cóż.
Co do postaci - ahhh, te kreacje! Wiktor jest tragiczny, jest przygnębiający, i choć nie do końca jest mi go żal, i uważam, że jego kara była słuszna - to jednak zapisał mi się w pamięci jako samotny geniusz, który nie umie pogodzić się z konsekwencjami własnych czynów. Potwór? Wzbudzał we mnie litość, tragiczna postać, tragiczna istota, która pragnęła ciepła, miłości, bliskości. W końcu - towarzyszki, której Frankenstein nie umiał mu dać. Na tym tle przewijają się jeszcze inne postacie: tragiczna rola Elizabeth (jakże skojarzenia miałam z Nosferatu! ahhh!), ukochanej kuzynki, Justine, niesłusznie oskarżonej, czy choćby rodziny De Lacey, która nieświadomie uczyła Potwora, czym jest miłość, rodzina i domowe ciepło. No i Clerval, przyjaciel Frankensteina, który trwa u jego boku, mimo całego szaleństwa. Każda z tych postaci coś wnosi, pokazuje jakąś ścieżkę, którą niszczy pragnienie akceptacji...
I w tym wszystkim, w skomplikowanej historii, wchodzi na scenę del Toro, który wywraca do góry nogami całą historię, tworzy ją na nowo. Po przeczytaniu powieści, widzę, jak bardzo odbiegł od oryginału, jak stworzył coś, co tylko trzyma się na ślinie i wybrakowanych elementach, zupełnie jak Wiedźmin z jego elfami z Bronksu, driadami z Brooklynu i niskorosłymi krasnoludami. No nie! NIE! Jak można się brać za ekranizację, nazywać ją "najbliższym i najgenialniejszym oryginałowi dziełem", podczas gdy tam nie klei się nic i zaginął zupełnie duch Shelly!? Dobra, już siedzę cicho, bo będę pluć jadem, a jak sobie przypomnę te "pióra we włosach Elizabeth", to już w ogóle, mnie coś zalewa...
Przyznać muszę, że moje wydanie, z cyklu 'Mistrzów horroru i fantastyki" prezentuje się nie tylko przepięknie okładką - bo okładka jest cudowna, klimatyczna i w dodatku zdobiona naprawdę solidnymi złoceniami, ale i treścią. Jest naprawdę dobrze przetłumaczona, zachowano styl i klimat, nie powodując w czytelniku znudzenia czy przytłoczenia dziwnymi nazwami. Znalazłam aż dwie literówki, więc to w zasadzie tyle, co nic. Dlatego - gratulacje dla wydawnictwa za jakość i styl.
W całokształcie? "Frankenstein" to tragiczna, niezwykle poruszająca powieść o potędze i upadku, o pragnieniu zabawy w boga i niezrozumieniu, o odrzuceniu i miłości, która rodzi gniew. To powieść trudna, rozrywająca serce, zostająca w pamięci na długo po tym, jak odkłada się książkę. To powieść zmuszająca do refleksji, idealna na jesienny wieczór, trudna, przytłaczająca, smutna. A jednocześnie zaskakująco współczesna, choć ma ponad 200 lat. Zaskakująco współczesna, trafna i przerażająca, kiedy zastanowić się, że my, jako ludzkość, wciąż kreujemy nasze "Potwory"...
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz