niedziela, 16 listopada 2025

100/2025 - Julia Quinn, Miłosne tajemnice. Bridgertonowie

Gwiazdek: 4
AutorJulia Quinn
Tłumaczenie: Aleksandra Jagiełowicz
Redakcja/korekta: brak danych
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data polskiego wydania: 2021
Data oryginalnego wydania: 2000
Cykl / seria: Bridgertonowie (tom 4)
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Stron: 464
Wersja: cyfrowa
Oprawa: -
ISBN: 9788382024043
Język: polski
Cena z okładki: 49,90 zł
Tytuł oryginalny: Romancing Mister Bridgerton

Kliknij, by wrócić do strony głównej

I czwarty tom Mostowiaków za mną, choć zdecydowanie lepszy, niż dwa poprzednie, to jednak dłużył mi się niemiłosiernie. Chyba zdecydowanie, zaczyna mi się przejadać ta historia, a przede mną jeszcze 4 części... No nic, jakoś dam radę. Co prawda, powinnam się cieszyć, że właśnie dobiłam do 100 książki w tym roku, i w ogóle (hurra!), ale trochę gorzka ta radość, bo nabita na doprawdy, czytadełku, które wymęczyło mnie straszliwie, zajmując mi jeden wieczór i jedno dość wczesne popołudnie. Zdecydowanie, historia Colina i Penelope, choć miała kilka błyskotliwych chwil, sprawiła, że potrzebuję kawy. Krótko, marudząco. Zapraszam, jak zawsze.

_________________________________________________________

Colin Bridgerton, trzeci z dzieci rodu, od zawsze był bawidamkiem, czarusiem i fircykiem, który swoim uśmiechem czarował świat. Świadomy, że niedługo będzie musiał poszukać sobie żony, ucieka w podróże za granicę, opisując swe przygody w dziennikach. Penelope Featherington zaś od zawsze się w nim kochała. Zawsze niewidzialna, zawsze z boku, zawsze odziewana nieodpowiednio, była elementem tła, na którym brylował Colin. Aż do czasu, kiedy nieoczekiwanie dostrzega w swej przyjaciółce coś więcej. Miłość rozkwita do czasu, aż Penelope nie zostaje przyłapana na pewnym sekrecie, który ciągnie się za obojgiem jeszcze długo, póki Colin nie wpada na pewien szatański plan... I wszyscy żyją znów, długo i szczęśliwie.

Ten tom był zdecydowanie inny od poprzednich, nie był taką kalką, nie był wkurzającą historyjką o pannie, która się wstydzi i o mężczyźnie, który może mieć wszystko. Duża tu zasługa Penelopę, która z cichego kaczątka zamienia się w całkiem rozsądną kobietę, walczącą o swoje. Co prawda, nieco męczyły mnie te wszystkie "kłótnie" z Colinem, kiedy dostrzega na idealnym obrazku rysy, ale potem, hej! podmuchamy, poplujemy, wypastujemy i znów obrazek jest idealny, Colin jest wspaniały,a  Penelope znów zakochana. I chyba jedynie wątek Whistledown wybija się na tym tle jako coś oryginalnego i ciekawe, zwłaszcza że w grę wchodzi wysoka suma pieniędzy, ale tak, nie było tu nic, co szarpnęłoby mi wątrobą, albo cokolwiek, co da mi radochę z czytania.

Z drugiej strony, w końcu nie mamy "enemis to lovers", tylko bardziej wątek przyjaźni i czegoś, co - dla mnie kompletnie nie zrozumiałe - określane jest jako "cynamonowa bułeczka" (dzięki, cinnabonn właśnie mi obrzydzono), czyli takie ciepłe, miłe kluchy, w których się zakochujesz. Nie wiem, co gorsze, maczo aż skaczo brewki, jakieś stalkery, mafiozy, czy ciepłe kluchy... No nic, w każdym bądź razie, wątek miłości tu rozwija się dość wolno, i nie jest taki gwałtowny, acz jak już Colin rozumie, że chce Penelopę całować, to nie wadzi mu powóz, kanapa u teściowej czy bal u własnej matki. Miłość do grobowej deski i amen w pacierzu! I choć teoretycznie ma to uzasadnienie, zwłaszcza w wątku plotkarskim, to... jakoś tak, mam przesyt. 

Postacie? Chyba najjaśniej rozbrzmiewała tu postać Penelopy - od zahukanego brzydkiego kaczątka po pewną siebie, stanowczą kobietę, która walczy o swoje, mimo zazdrości Colina. I choć wciąż momentami była znów wycofana, to jednak pokazała swój pazur, choć, oczywiście, jak w takich książkach bywa, ten pazur musi być feministyczny i koniecznie kładziony na szali wyzwania dla męskiego mężczyzny. Colin mnie tu irytował, był takim wciąż dużym dzieckiem, któremu pokazano lizaka za szybką, a później on tą szybkę liże. Niby rozumiem, ale nie rozumiem całego tego wybiegu i zachowania, które oczywiście zmienia się nieoczekiwanie, kiedy nasza cynamonowa klucha rozumie, że to nic złego, a zazdrość należy wyplenić. Meh, nie kupuję tego.

W całokształcie "Miłosne tajemnice" to chyba ten środkowy tom, który chce być spoko, chce zaspokoić czytelnicze potrzeby, ale czegoś mu brakuje. Nie jest zły, a na tle Anthonego i Benedicta wręcz bym powiedziała, że całkiem dobry, jednak... Zaczynam czuć przesyt. Przesyt Mostowiakami i ich powtarzalnym schematem. Te książki są powtarzalne, wtórne, głupiutkie, taki Netflix, ale z cukrem i bez obrazków, o. I bez wciskanych na siłę wszędzie osób innej rasy, niż ta opisana. Ale... czyta się nieźle. Choć kiedy tak się wciąga jedna za drugą, po prostu robi się schematycznie, tak samo i człowiek zaczyna szukać czegoś innego, nowego... lepszego.

No nic, pewnie "jeszcze jeden tom" i to koniec. Póki co - świadoma innych obowiązków, jakie mam, muszę się za nie zabrać, a tom piąty sobie nieco poczeka... ;) 

Swoją szosą, jakby ktoś był ciekaw, to TUTAJ jest tom pierwszy, TUTAJ tom drugi, a TUTAJ tom trzeci...

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz