Autor: Eun-jin Jang
Tłumaczenie: Marta Niewiadomska
Redakcja/korekta: Tomasz P. Bocheński (Wiele Kropek), Anna Wołcyrz (Tajfuny) / Agnieszka Urbańczyk (Wiele Kropek)
Wydawnictwo: TajfunyData polskiego wydania: 12 grudnia 2022
Data oryginalnego wydania: 2009
Cykl / seria: -
Kategoria: literatura piękna
Stron: 240
Wersja: papierowa, pożyczona
Oprawa: miękka, ze skrzydełkami
ISBN: 9788367034142
Wersja: papierowa, pożyczona
Oprawa: miękka, ze skrzydełkami
ISBN: 9788367034142
Język: polski
Cena z okładki: 45 zł
Tytuł oryginalny: 아무도 편지하지 않다
Kliknij, by wrócić do strony głównej
_________________________________________________________
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)
Cena z okładki: 45 zł
Tytuł oryginalny: 아무도 편지하지 않다
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Nie ma co osądzać książki po okładce, ale jeśli po 50 stronach ja już mam dosyć, i po prostu odkładam książkę, byle tylko się nie męczyć, to chyba coś jest nie tak. O Tajfunach słyszałam sporo dobrego, ich książki, głównie japońskie, zbierały w końcu pochlebne recenzje, ludzie często je chwalili. Kiedy w łapki wpadła mi właśnie "Nikt nie odpisuje", długo patrzyłam na tą pozycję, a ona na mnie. Mimo małej objętości, tłuściutka, specyficzna okładka... W końcu postanowiłam się przełamać. I szlag mnie trafił już na wstępie, a po 50 stronach zrobiłam DNF. I nie żałuję. Krótko, marudnie, zapraszam.
_________________________________________________________
Jinhun jest młodym mężczyzną, który wyruszył w podróż po Korei. Za towarzystwo ma psa, w plecaku empetrójkę i trochę papieru, jedną parę ubrań na zmianę, i nazywa ludzi numerami. Każdego dnia do nich pisze listy, nazywając ich numerami i oczekuje, że... otrzyma od nich informację zwrotną. Jedynym jego towarzystwem jest labrador o imieniu Choć, którego przebiera w metrze za psa przewodnika i samemu udając niewidomego (!), korzysta z darmowych przejazdów - i nie widzi w tym nic złego, póki nie trafia na pewną kobietę. W międzyczasie czytamy o tym, że zrobiła mu się dziura w majtkach, że siedzi nagi w hotelu i słucha, jak para w pokoju obok piecze keks i rozważa, czy przy świetle czy nie jest on pieczony... A, jeszcze na dzień dobry dostajemy opis tego, że Choć siada na tylnych łapach i prezentuje przyrodzenie, a jak wychodzą z hotelu, to pies obsikuje framugę, co jest podpisem takim samym, jak Jinhuna pisanie po umywalkach... W międzyczasie dowiadujemy się, że w jego domu panuje absolutny syf, więc nocował po znajomych, a z jednym przyjacielem, z racji własnego jąkania się, przegadał całą noc, by ćwiczyć mowę i rozmawiają o tym, ile razy jego przyjaciel przeleciał swoją dziewczynę...
A to tylko na 50 stronach! Nie wiem, może po prostu byłam zmęczona, może miałam dość... a może zwyczajnie Tajfuny są przereklamowane i absolutnie nie trafia do mnie ta dziwna forma pisania? Nie wiem. Krótkie, sztywne zdania, bohater o wrażliwości młota udarowego uderzającego w porcelanę, rozkminy w zasadzie z pompki i list pisany do dziewczyny, którą raz spotkał na przystanku i już sobie wyobraża jej życie. Wiec pisze o niej list, w którym obcy kompletnie typ jakimś cudem zna jej adres, i opowiada o swoim dniu, a potem oczekuje, że ktoś mu odpowie... ARGH!
Nie jest to książka najgorsza, jaką czytałam, ale jest po prostu bardzo słaba, bardzo kiepska, bardzo nijaka, zupełnie nie angażująca, zwyczajnie nudna. Po opisie - miała być czymś naprawdę ciekawym, wciągającym, a dostałam nudną, nieangażująca mnie pozycję, w której wkurzał mnie absolutnie zerowy brak fabuły i rozważania bohatera, który po prostu jest głupi. Tak, głupi jak but, i nie wnoszący absolutnie niczego w świat przedstawiony.
"Nikt nie odpisuje" to pozycja naprawdę bardzo słaba, i jeśli ktoś szuka tu akcji i fabuły - rozczaruje się. Bardzo wysoki próg wejścia, rozmyślanie o wszystkim i niczym, choć niby ok, to jednak zupełnie bez sensu. Chyba najbardziej jednak wkurzało mnie wykorzystywanie tu psa - pojawia się tylko jako zapełnienie luk fabularnych, a udawanie, że to pies przewodnik sprawiło, że prawie książką cisnęłam w ścianę. To zupełnie nie jest pozycja, która do mnie przemawia, rezonuje ze mną. Już nawet kiepskie pornole miały nieco więcej finezji, niż bredzenia do siebie koreańskiego typa, który ucieka z domu, bo ma w nim bajzel!
W całokształcie nie jest to książka zła, ale zupełnie nie dla mnie, a wydawnictwo Tajfuny znów będzie zerkać na mnie z regału w księgarni i sugerować, że może bym się skusiła... ale potem przypominam sobie, że oni wydawali Murakamiego, a ja go przejrzałam i wbiłam pazurami w sufit, bo tak mnie odrzucił. Więc... cóż. Zdecydowanie nie jest to pozycja dla mnie i odkładam ją, oddaję. Być może kiedyś po nią sięgnę, ale mając w pamięci antypatyczność i absurdalność rozmyślań głównego bohatera, plus absolutnie nijakie, wręcz szczątkowe przypisy - raczej się nie polubimy...
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz