Autor: Kuang Feng
Tłumaczenie: Ewa Ratajczyk
Redakcja/korekta: Sylwia Kajdana/Maria Armata, Katarzyna Onderka
Wydawnictwo: MANDOData polskiego wydania: 07 maja 2025
Data oryginalnego wydania: 2022
Cykl / seria: -
Kategoria: literatura piękna
Stron: 352
Wersja: papierowa, pożyczona
Oprawa: miękka
ISBN: 9788327739681
Język: polski
Cena z okładki: 46,90 zł
Tytuł oryginalny: 揚子堂甜點
Kliknij, by wrócić do strony głównej
_________________________________________________________
Cena z okładki: 46,90 zł
Tytuł oryginalny: 揚子堂甜點
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Literatura azjatycka powoli wkrada się na rynek polski, rozsiada wygodnie. Healinguje, uzdrawia, daje przyjemne poczucie ciepełka... taaak, tak to sobie wmawiam zawsze, kiedy widzę kolejną, doprawdy śliczną okładkę, kiedy opis sugeruje, że będzie lekko, przyjemnie... A potem obrywam tłumaczeniem z oryginału na angielski i z angielskiego na polski, szerokimi marginesami i grubym papierem. I treścią, która wręcz błaga o przypisy, dziwnymi kwestiami i migreną. I choć rozumiem, że język tajwański - tudzież mandaryński - nie jest w Polsce zbyt popularny, to skoro już rzucamy się na taką wodę, to warto znać choć odrobinę kultury azjatyckiej, prawda... Prawda?! No. Więc zapraszam, podelektujmy się nieco tradycyjnymi, azjatyckimi słodyczami, które nijak są podobne do naszych, europejskich... krótko. Z potężną dawką żalu i skarg.
_________________________________________________________
An-Chun, młody Tajwańczyk, który nie wie, co w życiu robić, kończy japonistyke i wyjeżdża do Kioto, gdzie przez przypadek trafia do japońskiej cukierni, produkującej wagashi - tradycyjne "słodycze" (czemu cudzysłów, o tym potem) japońskie. Tam przeżywa swoją miłość, ale i złamane serce, po czym wraca na Tajwan. Tam zaczyna pracę w Yang Tzu Tang, tradycyjnej, tajwańskiej cukierni, jako spadkobierca swojego stryjecznego dziadka. Stopniowo odkrywa przepis na te tradycyjne wypieki, przepis na samego siebie i na nową miłość...
Brzmi nieźle, nie? Słodka, leniwa opowieść o wypiekach, tradycjach, stracie i poznawaniu siebie. ciepła, przyjemna, pokrzepiająca, typowy healing książkowy... No to ja właśnie wchodzę, cała na biało i mówię: NO CHYBA NIE.
Jeżu z Amareny, jak mnie ta książka przeorała z lewej na prawą i z prawej na lewą, to sobie zostawię dla siebie. Tu zostawię za to dawkę marudzenia, bo po prostu, takiego "iścia na łatwiznę" to ja już dawno nie widziałam, i nie mówię o smutach nawet! Na swój sposób jest naprawdę ciepła, urocza. ALE. Ale, właśnie, tu zaczyna się w cholerę mojego marudzenia. Bo nie znajduję tu kompletnie ani jednego plusika na tą pozycję, ani jednego dobrego, ciepłego słowa, które by broniło gorycz faktu, jak ja się tu męczyłam.
Zacznijmy od języka. Piękny, poetycki, z dawką porównań. Nie, nie dawką. Na 352 strony - BARDZO GRUBE strony, z bardzo niefajnym składem - ta książka spokojnie mogłaby być o połowę mniejsza, ale wiemy wszyscy, że zarabiać trzeba - to była dosłownie wywrotka porównań. Tych porównań było tyle, że w połowie miałam odruchy wymiotne i dość. Ja nie wiem, czy spowodował to przekład z mandaryńskiego na angielski i z angielskiego na polski, czy faktycznie w oryginale było tyle porównań, ale nawet niejedna azjatycka drama tak nie kadzi. Rzęsy jak dmuchawce? Serio? No po prostu co zdanie, to porównanie, a przynajmniej co akapit. Niektóre zresztą straszliwie koślawe i wyraźnie brane z powietrza.
A teraz, na co tygrysek czekał: tłumaczenie i redakcja. WYŚCIE POWINNI ZOSTAĆ PO ŻUŻLU GOŁYMI DU... PIĘTKAMI PRZECIĄGNIĘCI! Do cholery jasnej, co to było!? Ja się pytam, CO. TO. BYŁA. ZA. MANIANA!? Zdania tłumaczone DOSŁOWNIE z angielskiego, kompletny brak pomyślunku, czy coś brzmi, jak brzmi. Nic, null, zero. "Podłoga tatami" - kalka z "tatami floor". Do cholery! Ludzie, zastanówcie się, co robicie i czy wasza praca ma sens!? To, że w oryginale nie ma przypisów, to znaczy, że tu wrzucicie masę japońskobrzmiących słówek, i będzie dobrze!? Albo nawet nie japońskobrzmiących, ale żywcem wyrwanych z kultury azjatyckiej, i tyle? I co, czytelnik, który się na kulturze azjatyckiej choć trochę zna - złapie się za głowę, jak poczyta te tłumaczeniowe potworki, ale jeśli ktoś ZUPEŁNIE nie ma pojęcia o kulturze azjatyckiej... Co, wyobrażacie sobie, że będą ludzie siedzieć z wyszukiwarką w dłoni i googlowali kolejne kwestie, bo się jaśnie ekipie nie chciało zrobić przypisów!? Wy nawet nie wiecie, ile razy ja darłam się na tekst, że są "podłogi tatami" choćby, albo "szpikulce do jedzenia wakami" - ja wiem, że to można wygooglować raz dwa, ale nie znaczy to, że sobie możecie robić bumelkę i olewać czytelników, albo traktować ich jak kretynów! Chcecie przykład, dla którego można by dać taki przeklęty przypis? Proszę bardzo!
"na krawędzi miski (do matchy) zauważyłem trójkątny fragment, który został naprawiony za pomocą złotego lakieru."
Chodzi o sztukę "Kintsugi", czyli naprawy ceramiki za pomocą złotego lakieru (bardzo ogólnie). Ale da się to wyjaśnić czytelnikowi, i nie zabiera to specjalnie czasu w tekście, a o ile ułatwia życie! Albo wieczne powtarzanie, że są "sakury". SAKURY! Czy tłumaczka z redakcją wiedzą, że "sakurę" można zamienić słowem "wiśnia"? Bo to ozdobna wiśnia, do jasnej Anielki!
Serio, takich wpadek było tu od groma, a ja co chwila wzywałam na pomoc siły wszelakie, by dały mi, nomen omen, siły. Żebym tą książką nie rzucała. Tak samo, jak czytałam o mące "wysoko- i niskoglutenowej", gdzie, uwaga, chodziło o mąkę z ryżu kleistego (jak do sushi) i sypkiego. A wpadka pochodzi z bezmyślnego przetłumaczenia określenia "glutinous flour", gdzie nawet ja, oglądając azjatyckie (głównie chińskie, ale nie tylko) vlogerki kulinarne wiem, że w Azji istnieje wiele odmian mąk nazywanych tak po angielsku, ale chodzi właśnie o mąki głównie wytwarzane z różnych odmian ryżu. To też nie jest wiedza tajemna, którą otrzymujemy po zarżnięciu koziołka, więc gdzie była redakcja, dopuszczająca brak tłumaczenia!?
Na koniec - azjatyckie słodycze, które się uparcie nazywa SŁODKIMI. Nie, one nie są słodkie. Tradycyjne desery azjatyckie zawierają BARDZO MAŁO CUKRU. One są wręcz nijakie. Więc nie wiem, skąd nagle "słodycz rozpływa się w ustach" - nie, dla krajów zachodu nie ma tam słodyczy. Nie ma. Kurtyna. Więc jeśli ktoś sądzi, że nadzienie z czerwonej fasoli, albo z batatów będzie takie jak w naszych ptyśkach, powodzenia...
Niestety, "Cukiernia..." to książka nudna, źle przetłumaczona i zredagowana, po prostu... popsuta. Jak ktoś się nie zna, nie wadzą mu azjatyckie nazwy, lubi nieśpieszne tempo - z pewnością będzie zadowolony. Ale jeśli ktoś choć troszkę obeznany jest z azjatycką kulturą, będzie miał masę zgrzytów. A najwięcej - kiedy pojawiają się dziwne nazwy, których wyjaśnienia nie ma. Po prostu, tych nieszczęsnych przypisów brakuje - a jest to coś normalnego choćby w książkach tłumaczonych z języka koreańskiego.
Czy sięgnę po książki wydawnictwa Mando? Z dużą pewnością... NIE. Niestety, ale słabe tłumaczenia (tak, nawet znajomy tłumacz kazał mi książkę spalić po "podłodze tatami"), brak przypisów i raczej słaba korekta nie zachęcają do czytania. Mimo naprawdę uroczej okładki... która nie ma nic wspólnego z treścią. Tytuł zresztą też nie... (bo sprawdziłam, co znaczy oryginalny tytuł...).
W całokształcie - chcecie, sprawdźcie sami, dla mnie głęboko słabe, rozczarowujące doznanie z tajwańską literaturą, która brzmi kusząco, ale przez lenistwo wydawnictwa, została mi po prostu... zniesmaczona...
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz