Autor: Robert Sheckley
Tłumaczenie: Juliusz P. Szeniawski
Data polskiego wydania: 01 stycznia 1991
Data oryginalnego wydania: 01 stycznia 1960
Cykl / seria:
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 172
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 8385079440
Język: polski
Cena z okładki: 8,500zł (starych) obecnych danych brak
Tytuł oryginalny: The Status Civilization
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Nie macie czasami ochoty w piękny, słoneczny dzień wyjść na ulicę i kogoś zastrzelić? Ot tak, bez wyraźnego powodu czy motywacji – może ofiara zirytowała was swoim istnieniem, a może miała niedobrane kolorystycznie ubranie? To zupełnie nieistotne tak długo jak rzeczona ofiara cieszyła się niższym od was prestiżem. Dodajmy do tego fakt, iż dokonany czyn nie zostałby uznany za coś nagannego, ale wzbudził podziw, poklask i wzrost szacunku dla waszej skromnej osoby. Jeżeli cokolwiek z tego co przeczytaliście chwyciło was za wasze czarne serduszko, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po książkę „Planeta Zła” Roberta Sheckley’a.
_________________________________________________________
Fabuła na dzień dobry nie
wygląda na przesadnie zagmatwaną. Ot, mamy naszego bohatera, Willa Barrenta, który
budzi się w pokoju i nie może sobie niczego przypomnieć. Ani kim był, ani skąd
pochodził, po prostu prawie kompletna pustka we łbie. Jakaś szczątkowa wiedza kołacząca
się pod czaszkę pozwala mu dojść do wniosku, że znajduje się w szpitalu i na
pewno zaraz ktoś przyjdzie wszystko mu wyjaśnić. I rzeczywiście ktoś się
zjawia. I wyjaśnia, że jak w starym ruskim dowcipie, to nie szpital a cela, a
Will nie jest pacjentem tylko przestępcą w drodze na więzienną planetę, razem z
innymi, podobnymi mu, społecznymi ancymonami. Już po wylądowaniu ktoś usiłuje
go zabić. Bo może. I dlatego, że zabójstwo przyniesie mu zwiększenie prestiżu w
zamieszkującym Omegę społeczeństwie. Splot szczęśliwych wypadków, nieoczekiwana
pomoc i niewielka ilość pancerza fabularnego pozwala mu nie tylko ujść z
życiem, ale i zabić swojego prześladowcę. A to, jak już możecie się domyślić,
oznacza, że jego prestiż wzrósł i nieoczekiwanie wydostał się z samego dna
społeczeństwa. Powoli zaczyna się orientować jak wszystko na Omedze jest
ustalone i wtedy dopiero zaczyna robić się ciekawie…
Książka Sheckley’a jest
bez wątpienia ciekawym eksperymentem, zważywszy na to, że została wydana w 1960
roku. No bo jak ówcześni czytelnicy mieli zareagować na fabułę w której zło
jest nie tylko akceptowalne społecznie, ale wręcz pożądana? Ba! Stanowi podstawę
planetarnej praworządności! Autor musiał nieźle się bawić opisując system
rządów, w którym przestępczość to cnota, uzależnienie od narkotyków jest
wymogiem, a wszystko spajane jest przez religię Zła (obowiązkowo wielką
literą!), nad którą pieczę sprawuje Szatan. Z jednej strony mamy tu całkowite
odwrócenie panującego na Ziemi porządku, a z drugiej ścisłe społeczeństwo
klasowe, w którym przepisy i prawa, choć złe z natury, są sumiennie i
bezwzględnie przestrzegane. Klasyczna dystopia w bardzo przyjemnym wydaniu.
Akcja powieści jest
wartka ale całkiem dobrze przemyślana – nie zauważyłem zbyt wielu
nieprzemyślanych skrótów fabularnych. Owszem, niewielka objętość książki
sprawia, że nie spotkamy tu rozległych opisów panujących porządków, rozbudowanej
genezy powstania Omegi (nie znaczy to, że w ogóle jej nie ma), filozoficznych
rozważań, czy ciągnącej się całymi rozdziałami ewolucji postaci. Innymi słowy,
jeżeli chodzi o formę, to jest to powieść zdecydowanie niedzisiejsza, co nie
oznacza że (o ironio!) zła. Należy jednak przed lekturą przestawić nieco oczekiwania,
szczególnie, jeżeli ktoś przyzwyczajony jest do sięgania po rozciągnięte space
opery czy inne opasłe tomiszcza. Jeżeli to się uda, to „Planeta Zła” może dostarczyć
naprawdę sporo radości na jedno czy dwa popołudnia.
Następna część recenzji
zdradza sporo o zakończeniu, więc na wszelki wypadek uruchamiam SPOILER ALERT!.
Konkluzja powieści jest taka, że na Ziemi, mimo że nie ma przestępców też nie
dzieje się najlepiej, gdyż ludzie scedowali niemal wszystkie obowiązki na
wszechobecne maszyny i sterujące nimi komputery, praktycznie całkowicie
usuwając się z wszelkich procesów decyzyjnych. I niby to fajne i piękne, bo
społeczeństwo jest zasadniczo praworządne i szczęśliwe, ale jednocześnie pogrążone
w fatalnej, absolutnej stagnacji, co z zasady na dłuższą metę nigdy nie
wychodzi ludzkości na dobre. I nie chciałbym tu wyjść na fana wielkich teorii
spiskowych (tym bardziej, że zgubiłem foliową czapeczkę), ale przyglądając się
dzisiejszemu społeczeństwu i rosnącej roli AI we wszystkich przejawach życia,
uważam, że nie od rzeczy byłoby sobie tę książkę przeczytać i zastanowić się,
czy jednak nie warto postawić bardziej na rozwój czynnika ludzkiego niż
super-inteligentnych komputerów.
Jeżeli chodzi o jakość
wydania i tłumaczenia, to nie jest źle – nie trafiłem na większe kwiatki czy
ewidentne błędy. Ot, taka typowa książka wydana za czasów Ambera łupanego,
kiedy wydawnictwo to na potęgę zaznajamiało polskiego czytelnika z różnymi książkami
spod szyldu fantasy i science-fiction. Jedyne do czego mogę się tak naprawdę
przyczepić to tytuł. „Planeta Zła”, chociaż jasno wskazuje miejsce akcji, nie jest
w mojej ocenie dobrym przekładem oryginalnego „The Status Civilization”.
Osobiście skłaniałbym się do opcji w stylu „Cywilizacja prestiżu” lub czegoś w
tym guście.
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić Jesiennej kawę jak się podobało ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz