czwartek, 27 listopada 2025

Gościnnie, Robert Sheckley, "Planeta Zła"

Gwiazdek: 8/10

Autor: Robert Sheckley
Tłumaczenie: Juliusz P. Szeniawski
Redakcja/korekta: Maciej Błasiak
Wydawnictwo: Amber
Data polskiego wydania: 01 stycznia 1991
Data oryginalnego wydania: 01 stycznia 1960
Cykl / seria: 
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 172
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 8385079440
Język: polski
Cena z okładki: 8,500zł (starych) obecnych danych brak
Tytuł oryginalny: The Status Civilization

Kliknij, by wrócić do strony głównej


Nie macie czasami ochoty w piękny, słoneczny dzień wyjść na ulicę i kogoś zastrzelić? Ot tak, bez wyraźnego powodu czy motywacji – może ofiara zirytowała was swoim istnieniem, a może miała niedobrane kolorystycznie ubranie? To zupełnie nieistotne tak długo jak rzeczona ofiara cieszyła się niższym od was prestiżem. Dodajmy do tego fakt, iż dokonany czyn nie zostałby uznany za coś nagannego, ale wzbudził podziw, poklask i wzrost szacunku dla waszej skromnej osoby. Jeżeli cokolwiek z tego co przeczytaliście chwyciło was za wasze czarne serduszko, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po książkę „Planeta Zła” Roberta Sheckley’a.
_________________________________________________________

Fabuła na dzień dobry nie wygląda na przesadnie zagmatwaną. Ot, mamy naszego bohatera, Willa Barrenta, który budzi się w pokoju i nie może sobie niczego przypomnieć. Ani kim był, ani skąd pochodził, po prostu prawie kompletna pustka we łbie. Jakaś szczątkowa wiedza kołacząca się pod czaszkę pozwala mu dojść do wniosku, że znajduje się w szpitalu i na pewno zaraz ktoś przyjdzie wszystko mu wyjaśnić. I rzeczywiście ktoś się zjawia. I wyjaśnia, że jak w starym ruskim dowcipie, to nie szpital a cela, a Will nie jest pacjentem tylko przestępcą w drodze na więzienną planetę, razem z innymi, podobnymi mu, społecznymi ancymonami. Już po wylądowaniu ktoś usiłuje go zabić. Bo może. I dlatego, że zabójstwo przyniesie mu zwiększenie prestiżu w zamieszkującym Omegę społeczeństwie. Splot szczęśliwych wypadków, nieoczekiwana pomoc i niewielka ilość pancerza fabularnego pozwala mu nie tylko ujść z życiem, ale i zabić swojego prześladowcę. A to, jak już możecie się domyślić, oznacza, że jego prestiż wzrósł i nieoczekiwanie wydostał się z samego dna społeczeństwa. Powoli zaczyna się orientować jak wszystko na Omedze jest ustalone i wtedy dopiero zaczyna robić się ciekawie…

Książka Sheckley’a jest bez wątpienia ciekawym eksperymentem, zważywszy na to, że została wydana w 1960 roku. No bo jak ówcześni czytelnicy mieli zareagować na fabułę w której zło jest nie tylko akceptowalne społecznie, ale wręcz pożądana? Ba! Stanowi podstawę planetarnej praworządności! Autor musiał nieźle się bawić opisując system rządów, w którym przestępczość to cnota, uzależnienie od narkotyków jest wymogiem, a wszystko spajane jest przez religię Zła (obowiązkowo wielką literą!), nad którą pieczę sprawuje Szatan. Z jednej strony mamy tu całkowite odwrócenie panującego na Ziemi porządku, a z drugiej ścisłe społeczeństwo klasowe, w którym przepisy i prawa, choć złe z natury, są sumiennie i bezwzględnie przestrzegane. Klasyczna dystopia w bardzo przyjemnym wydaniu.

Akcja powieści jest wartka ale całkiem dobrze przemyślana – nie zauważyłem zbyt wielu nieprzemyślanych skrótów fabularnych. Owszem, niewielka objętość książki sprawia, że nie spotkamy tu rozległych opisów panujących porządków, rozbudowanej genezy powstania Omegi (nie znaczy to, że w ogóle jej nie ma), filozoficznych rozważań, czy ciągnącej się całymi rozdziałami ewolucji postaci. Innymi słowy, jeżeli chodzi o formę, to jest to powieść zdecydowanie niedzisiejsza, co nie oznacza że (o ironio!) zła. Należy jednak przed lekturą przestawić nieco oczekiwania, szczególnie, jeżeli ktoś przyzwyczajony jest do sięgania po rozciągnięte space opery czy inne opasłe tomiszcza. Jeżeli to się uda, to „Planeta Zła” może dostarczyć naprawdę sporo radości na jedno czy dwa popołudnia.

Następna część recenzji zdradza sporo o zakończeniu, więc na wszelki wypadek uruchamiam SPOILER ALERT!. Konkluzja powieści jest taka, że na Ziemi, mimo że nie ma przestępców też nie dzieje się najlepiej, gdyż ludzie scedowali niemal wszystkie obowiązki na wszechobecne maszyny i sterujące nimi komputery, praktycznie całkowicie usuwając się z wszelkich procesów decyzyjnych. I niby to fajne i piękne, bo społeczeństwo jest zasadniczo praworządne i szczęśliwe, ale jednocześnie pogrążone w fatalnej, absolutnej stagnacji, co z zasady na dłuższą metę nigdy nie wychodzi ludzkości na dobre. I nie chciałbym tu wyjść na fana wielkich teorii spiskowych (tym bardziej, że zgubiłem foliową czapeczkę), ale przyglądając się dzisiejszemu społeczeństwu i rosnącej roli AI we wszystkich przejawach życia, uważam, że nie od rzeczy byłoby sobie tę książkę przeczytać i zastanowić się, czy jednak nie warto postawić bardziej na rozwój czynnika ludzkiego niż super-inteligentnych komputerów.

Jeżeli chodzi o jakość wydania i tłumaczenia, to nie jest źle – nie trafiłem na większe kwiatki czy ewidentne błędy. Ot, taka typowa książka wydana za czasów Ambera łupanego, kiedy wydawnictwo to na potęgę zaznajamiało polskiego czytelnika z różnymi książkami spod szyldu fantasy i science-fiction. Jedyne do czego mogę się tak naprawdę przyczepić to tytuł. „Planeta Zła”, chociaż jasno wskazuje miejsce akcji, nie jest w mojej ocenie dobrym przekładem oryginalnego „The Status Civilization”. Osobiście skłaniałbym się do opcji w stylu „Cywilizacja prestiżu” lub czegoś w tym guście.

Czy warto sięgnąć po „Planetę Zła”? Uważam, że jak najbardziej tak, tym bardziej że książka liczy niecałe 180 stron i napisana jest lekkim i przyjaznym czytelnikowi językiem. A to, że dodatkowo zwraca uwagę na interesujące problemy społeczne, które mimo upływu lat nadal pozostają całkiem aktualne, jest tylko jej dodatkową zaletą. Polecam.


A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić Jesiennej kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz