Autor: Ewelina Dobosz
Tłumaczenie: -
Redakcja/korekta: -
Wydawnictwo: Niegrzeczne książkiData polskiego wydania: 10 sierpnia 2022
Data oryginalnego wydania: -
Cykl / seria: -
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Stron: 304
Wersja: audobook
Oprawa: -
ISBN: 9788367335157
Język: polski
Cena z okładki: -
Tytuł oryginalny: -
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Mówiąc szczerze, gdyby nie fakt, że przed świętami miałam sporo roboty w kuchni, i utknęłam w niej na naprawdę irytująco długie godziny - bo żur, czy biała kiełbasa w cieście, o sałatce jarzynowej nie wspominając - same się nie zrobią, to w życiu bym nie tknęła tego koszmarka nawet berlem od tronu, i to takim solidnie używanym. Kilka razy chciałam telefon wrzucić do wrzątku, a że ręce po łokcie miałam brudne - to musiałam przemyśleć jak to zrobić. Ale, co zrobić. Audiobokowa oprawka sugerowała romansidło histery... znaczy historyczne, no to dałam się skusić jak to cielę. I im dalej w las, tym bardziej uszy mi krwawiły a bogom ducha winne jarzyny na sałatkę kroiłam wyjątkowo drobno... Te dwie gwiazdki z litości, bo jedna dla lektorki. Ot co!
_________________________________________________________
"Powieść, która przyspieszy bicie serca!" - aha, chyba tylko z powodu pragnienia dokonania mordu na tym otwartym sercu!
Ale do rzeczy. Gówną... znaczy gufnom haterkom - bo tego inaczej nazwać się nie da, z racji IQ mniejszego od pantofelka (bakterii takiej, a nie obuwia), jest Marta. Marta, obywatelka warszawska, absolwentka medycyny, chce zostać chirurgiem, i ma ambicje i plany i ma też STRASZLIWY sekret, o którym nikt nie wie. Więc co robi nasza gufna haterka w takiej sytuacji? WYJEŻDŻA Z WARSZAWY do Pcimia Górnego, bo przecież, uwaga - w mniejszym mieście o wiele prościej o staż, i będzie mogła asystować przy operacjach i szybciej zostanie hirurnuszkom (pisownia celowa). No to już seler spoglądał na mnie z obawą, bo do obierania go wyciągałam tasak. Brat naszeh hatyrki odwozi ją na dworzec, po czym uznaje, że "nie ma czasu z nią czekać, więc niech sobie idzie na burgerka czy coś", i tyle go widzieliśmy, matka też "przekonuje, żeby została, ale to na zasadzie "idź po bułki ale fruć". Pietruszka zatrzęsła korzonkiem. Pani dochturka siedzi na peronie (bardzo ważne), gdzie nagle rozlega się krzyk i chaos, ktoś mdleje, jakaś dziewczyna krzyczy o pomoc i o wezwanie karetki, więc już nasza haterka gufna psioczy, że "to strata czasu i w ogóle", po czym zerka na przegub leżącego i - uwaga - od razu wie, że gość jest cukrzykiem, i że w jego torbie jest pomarańczowy długopis... No jasne, bo każdy cukrzyk ma opaskę i nosi z sobą długopis insulinowy... w POMARAŃCZOWYM OPAKOWANIU (spojler, spotkałam się z niebieskimi opakowaniami). A teraz hit - autorka pisze ROMANS MEDYCZNY, ale nie wie, że taki droplet służy... do pomiaru glukozy we krwi. Nagle z peronu znajdujemy się w przedziale po magicznym uratowaniu nieprzytomnego - oczywiście, bez karetki, bo w torbie ma zestaw insulinowy, więc klaszczmy wszyscy, prawie jak Rubik, naszej Marcie. No i w przedziale panuje noc, jest dużo ludzi, ciemno, Marta nie może czytać, bo jej czytnik nie ma podświetlenia i kilka godzin musi jeszcze jednać - i chyba w tej nocy wysiada w tym Pcimiu Dolnym, bierze taksówkę, jedzie do domu, który wynajmuje, i uwaga, nie działa domofon, ALE! z krzaków słychać głos. Normalnie bukszpan przemówił ludzkim głosem, prawie jak zwierzaki w Wigilię, tylko nie te święta. Okazuje się, że to jedna z mieszkanek tego domu, w ręczniczku, widząc Martę przybywającą, wyskoczyła w kszaczki (z pięterka i spod prysznica!), żeby powiedzieć, że... domofon nie działa i trzeba nacisnąć klamkę. Potem poznajemy innych lokatorów, dowiadujemy się, że nie ma szklanek, ale kawy same się robią, i wówczas na scenę wkracza ON. OSKAR (nie, nie nagroda filmowa, choć na taką pozuje). UBERprzystojny, UBERzdolny, UBERarogancki i oczwyiście, wszystko skupia się wokół tej dwójcy... I to jest tak realistyczne jak ten bukszpan, który do mnie przemówił: Jesienna, nie krój tej cebuli tak grubo, tylko drobno, bo inaczej Sanepid przyjdzie i sałatką ci okna ufanzoli, boś ich nie umyła na przyjście Bałanka na świa... znaczy, pobudkę po trzech dniach mocnej imprezy. A w tle sekret śmierci psiapsi marty i wielka pomoc Oskarka... Ugh.
Jeżu ufam torbie, w której sobie te warzywka na sałatkę przyniosłam, ale jeśli jeszcze raz ktoś mi spróbuje wmówić, że "Na otwartym sercu" to polska odpowiedź na "Grace's Anatomy" aka "Chirurgów", to zabiję go śmiechem, bo z powodzeniem można mówić, że nasze 'na sygnale" czy inne "Trudne sprawy" to wysokiej jakości i olbrzymiegu budżetu drama historyczna bijąca na łeb realizację azjatyckich dram historycznych (kto nie widział, polecam, scenografia, kostiumy, sceny walk... AHHH!). Nie, nie i raz jeszcze - NIE. To czytadło było absolutnie glupie, absurdalne, złe, napisane źle i po prostu bez redakcji i korekty. Sceny pisane bez większej refleksji, zastanowienia, ba! sprawdzenia, czy w ogóle to ma sens i logikę. Były chwile, gdzie musiałam stopować i cofać się o kilka minut, bo wręcz miałam wrażenie, że mój umysł odpłynął i nie zarejestrowałam kilk-ilkunastu akapitów tekstu czytanego zresztą całkiem miłym głosem, ale... nie. Jednak, autorka uznawała, że po co wyjaśniac cokolwiek, po co stawiać na logikę, jak można sobie poszaleć. Inne wątki zaś można potraktować zupełnie po macoszmu (choćby homofobia), albo kompletnie olano - choćby kwestię śmierci. Zupełnie, jakby autorka książkę napisała, po czym bezrefleksyjnie ją wydała, a wydawnictwo równie bezrefleksyjnie ją puściło, nawet nie próbując udawać, że jakakolwiek redakcja tu była (czy czegoś wam to nie przypomina? Pewnej dramy z pewną samowydawczynią pewnego "mhłocznego rhomanzu"?).
Długo by wymieniać błędy, absurdy i nielogiczności, w powieści, która powinna być krótka i lekka i "na raz". Zamiast tego, kilka razy telefon niemal lądował we wrzątku, a ja bardzo się cieszyłam, że to moje pierwsze i ostatnie spotkanie z autorką tego koszmarka, bo zdecydowanie, nigdy więcej.
Bohaterowie? Chyba chaterowie. Marta jest nijaka i wkurzająca jak plama po oleju ze śledzi na wykrochmalonym, lnianym obrusie - niby zakryjesz wazonem, ale wiesz, że tam jest i nic z tym nie zrobisz. Po prostu, jest. Ambitna i pragnąca się rozwijać? Chyba jak mokra ścierka po podłodze. Zupełnie nic o niej nie da się powiedziec, poza tym, że jest niby super, ale w praktyce zupełnie płaska. Oskar? Boru szumiący, jeśli da się napisać męskiego bohatera bez głebi, historii i pomyślunku - to tu on wygrywa w kategori na przedstawiciela takiego bezmózga. Ich relacja nie istnieje, i mimo prób autorki, nie jest wiarygodna. Pozostali bohaterowie? Są, ale są równie kretyńscy. Nie wiem, czym się zachwycać.
"Na otwartym sercu" to koszmarek medyczny, który miał mi zapewnić kilka godzin rozrywki w kuchni, a zapewnił kilka godzin przeklinania pod nosem i grożenia wszystkim, nie tylko ryzykującym wejście do kuchni w czasie mojego królowania tam. To ksiązka nijaka, głupia, nieprzemyślana, z wyraźnym wskazaniem, że autorka po prostu nie miała wiedzy i chęci do pisania. Ale - pisać każdy może. Niestety, ale w tym wypadku wyszło bardzo źle.
Jeśli ktoś szuka medycznego romansu - "Na otwartym sercu" z pewnością go rozczaruje. Nawet jako głupiutki romans - ta książka tylko udaje, że może być takową pozycją. Niestety, ale wszystko poszło tu nie tak, od okładki, która jest koszmarna, przez blurb, aż na treści kończąc. A mogło być znośnie. ot, powiedzmy, na poziomie naszego, swojskiego "Na sygnale". Niestety, ale pani autorka skutecznie przekonała mnie, że polskie romansidła są po prostu jakie są - i nie ma co nawet przypadkiem ich odpalać, bo potem tylko się cierpi... Zresztą, spojrzawszy na jej dorobek literacki... Zwykle tego nie robię, ale pani Ewelino - może czas zająć się czymś innym, niż pisaniem kiepskich romansów...?
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz