poniedziałek, 27 kwietnia 2026

29/2026 - Ilona Andrews, Szmaragdowy ogień

Gwiazdek: 5
Autor: Ilona Andrews
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Redakcja/korekta: Karolina Kacprzak / Magdalena Byrska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data polskiego wydania: 17 kwietnia 2026
Data oryginalnego wydania: 2020
Cykl / seria: Ukryte dziedzictwo (tom 5)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 499
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788383752389
Język: polski
Cena z okładki: 62,90 zł
Tytuł oryginalny: Emerald Blaze

Kliknij, by wrócić do strony głównej

O ile na poprzednim tomie bawiłam się naprawdę przyjemnie, tak tu przyszło rozczarowanie, złość i niedowierzanie. Głównie na panią Schimscheiner, i teraz mam pewność, że każdy kolejny tytuł, który ona będzie tłumaczyć, będzie po prostu tragiczny pod tym względem, ale nie obyło się też bez pewnych wpadek fabularnych. No niestety, ale Catalina Baylor to nie Nevada, więc momentami chciałam zdzielić ją w łeb, żeby się opamiętała. Niestety, ale póki co, to chyba najsłabsza z cyklu pozycja, gdzie akcja toczy się albo umiarkowanie nijako, albo z kiślem w majtach, albo absurdalnie szybko. Nic pomiędzy! Przyszłam krótko pomarudzić. Zdecydowanie!

_________________________________________________________

Catalina Baylor to zastępca Strażnika Teksasu - i nie, nie mówimy tu o kultowym, świętej pamięci Chucku Norrisie. To funkcja, w której stoi na straży magów. Wymagająca dyskrecji i rozwagi, i tak sekretna, że nawet rodzinie o tym nie mówi. Tym razem wplątuje się w w kolenje śledztwo, powiązane z odbudową Dziury, w której szaleją dziwaczne monstra. Do tego ktoś wyraźnie poluje na jej rodzinę, a na horyzoncie pojawia się znów Alessandro Sagredo, z którym, chcąc nie chcąc - musi wspólpracować, pomimo faktu, że pół roku wcześniej skutecznie połamał jej serce na kawałki. Sytuacja robi się napięta i niepokojąca, Dziura skrywa własne sekrety, a napięcie między bohaterami jest niczym rozciągnięta guma w majtkach - rozpoczynamy więc dochodzenie. Tak, do keksu też. Sprawa plącze się coraz bardziej, pojawiają się coraz to dziwniejsze potwory... Czy Catalina sobie poradzi? A do tego wszystkiego dochodzi poród Nevady i babka Viktoria, która mimo bycia za kratami, wciąż spiskuje...

Powiem tak: jak sam początek był jeszcze ok, idea śledztwa i wątek z nim prowadzony, był naprawdę ciekawy, choć jego rozwiązanie było kretyńskie jak but, i momentami wątpiłam, co czytam. i nie dlatego, że fabuła mnie denerwowała, zwłaszcza myśli Cataliny, kiedy w okolicy pojawiał się Alessandro - na szczęscie, moje pobożne życzenie, żeby się przespali, się spełniło, acz scena ta była napisana... nie, nie źle. Była napisana ok, ale pani tłumacz z redakcją się nie popisała tu zupełnie.Chyba, że ja się nie znam i orgazm osiąga się przez wciskanie skóry na udach... ale o tłumaczeniu, to zaraz jeszcze pieśń mego ludu puszczę. W tym tomie uczciwie, brakowało mi w tym tomie jakiegoś racjonalnego pomyślunku. Śledztwo prowadzone po łebkach, wszystko się udaje, hurra. Ataki na rodzinę? nagle urwane, jakby nigdy nic, nie ma rozwinięcia sytuacji. Jasne, niby na koniec wiemy, co i jak, domyślamy się, w końcu czymś kolejny tom trzeba zapełnić... ale potraktowano ten wątek straszliwie po macoszemu. Ubawiłam się za to, kiedy autorzy wrzucili wątek... chińskich seriali kostiumowych. Nie tylko podali nazwę, ale też i serwer, na którym można je oglądać, i później konsekwentnie temat pociągnęli dalej. Brawa! Za to mało konsekwentnie ogarnęli finał, i tu mnie sprawa bolała - niby mamy akcję, niby działania, Pluskwa nagrywa, ale potem, tyle, kurtyna. Nic z tego nie wynika.

I chyba to boli - nie wynika nic z kolejnych sytuacji, akcji, bohaterowie poza faktem, że bardzo chcą się przelecieć, a rodzina Cataliny do Alessandro pała co najmniej niechęcią - pozwala mu się bez problemu kręcić po otoczeniu i spać w jej łóżeczku. Brakowało mi po prostu tych zwykłych, dobrych, sprawdzonych konsekwencji. Byle szybciej, byle fabuła się kręciła, było napięcie keksualne... i tyle. Bohaterom nie wierzyłam nawet na cal, że tak się nagle w sobie zakochali i w ogóle, och, ach. Catalina kompletnie mnie nie przekonała, zaś reszta rodziny wydawała się po prostu... nijaka. Płaska, mająca tylko wypełniać tło stron. Ani Bern, ani Leon, Anabella czy choćby babcia z mamą - nie były wiarygodnym elementem. Po prostu tego nie kupowałam. Kurtyna.

No i wisienka na torcie. TŁUMACZENIE. Pani Dominiko, czy wie pani, że nadużywanie regionalizmów jest już w pani wydaniu po prostu NUDNE? Już pomijając te regionalizmy, które sprawiały, że musiałam się zatrzymywać i pomyśleć, co autor miał na myśli, ale cholera jasna, zdania były koślawe, dosłownie kalki z angielskiego - zero kreatywności i polotu. Ja rozumiem, że kali jeść i kali pić, polska języka trudna - ale można czasem popuścić nieco paska i być kreatywnym. Tak, konsultowałam niektóre zdania z innymi tłumaczami i każdy łapał się za głowę, jak można być tak leniwym i robić dosłowne kalki z oryginału, zamiast poświęcić pięc minut więcej i dać coś naprawdę dobrego. Przykłady? A proszę bardzo, oto kilka, które wylądowały na discordzie Karczmy:
- "Nie musielibyśmy się bronić, gdyby twój sztuczny tyłek nie skonstruował tego wynaturzenia i nie wypuścił go w X." - tak, to dosłownie KALKA, to klasyczne bezpośrednie tłumaczenie angielskiego wyrażnie "your cokolwiek(w tym wypadku zapewne articifial) ass!" (tu wielkie dzięki dla Dolara, który w dosłownie 3 sekundy zareagował).
- "labilność emocjonalna" - kto w ogóle używa takiego słowa w mowie potocznej!?
- "Gdy musnął palcami wnętrza mojego uda, otwierając mnie dla siebie, drgnęłam gwałtownie." - też bym drgała, jakby mi wnętrze uda ktoś macał i kość udową oceniał.
- "Drasnęłam zębami jego żuchwę" - bez komentarza.
- "Całował mnie tak, jakby to był nasz ostatni raz, jakbym umierała, a on chciał przywrócić mnie do życia. Oozył mnie silnymi ramionami, wplótł palce we włosy, wsunął język pomiezy moje wargi. Rozchyliłam je, spragniodna jego smaku, a wtedy wydał z siebie niski dźwięk, od którego zadrżałam." - husky voice? i jak się całuje przy umieraniu, przepraszam, nekrofilia?
- "- Jestem prawdziwym cudem natury - westchnął, był tak nieprawdopodobnie przystojny." - no pozdrawiam z logiki tego zdania.
- "Jak króliczę wpatrzone w nadchodzącego wilka." - króliczę czyli co? Futerko? Łapka? Kto tak mówi, poza tym, króliki nie wpatrują się w wilki, tylko zające. 
- "Ścisnęło mnie w piersi i poczułam gorąco za oczami." - No świetnie, laska ma zawał. 

Ciary żenady miały ciary żenady. takich koszmarków tłumaczeniowo-redakcyjnych jest zresztą o wiele, wiele więcej, i - czemu się w zasadzie dziwię? Toż to Fabryka Słów, która wyraźnie oszczędza sobie na wszystkim, ale nie na cenie okładkowej. 65 złotych za niekoniecznie super jakościowy papier i masę błędów? O "Niusach" czy "riserczu" już nie wspominając. niestety, ale traktowanie czytelnika jak kretyna, który nie złapie się za głowę na byle jak tłumaczonych zdaniach - nie świadczy dobrze o tym, jak wygląda cały proces redakcyjny, a co za tym idzie, wydawnictwo po raz kolejny pokazuje, że w nosie ma opinię czytelników, byle tylko kasa się zgadzała. od tego, psia jucha, jest korekta i redakcja, by wyłapywać kwiatki, które podałam powyżej, a póxniej je zmodyfikować tak, by książka nie latała po pokoju jak messerschmitt. 

Podsumowując? Nie było źle, ale bez szału. Serię dokończę, ale to po raz kolejny pozycja, która utwierdza mnie w przekonaniu, że wydawnictwo to po prostu nie zasługuje na mój szacunek i sympatię. Stety albo nie. 
 
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz