piątek, 1 maja 2026

30/2026 - Matt Dinniman, Dungeon Crawler Carl

Gwiazdek:
 2
AutorMatt Dinniman
Tłumaczenie: Sara Manasterska
Redakcja/korekta: Teo KominiarczukMagdalena Słonawska / Beata Wójcik, Maciek Korbasiński
Wydawnictwo:  Czarna Owca
Data polskiego wydania: 11 marca 2026
Data oryginalnego wydania: 21 września 2020
Cykl / seria: Dungeon Crawler Carl (tom 1)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 540
Wersja: papierowa, pożyczona
Oprawa: twarda
ISBN: 9788383821917
Język: polski
Cena z okładki: 59,99 zł
Tytuł oryginalny: Dungeon Crawler Carl

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Literatura LitRPG nie jest mi specjalnie obca, choćby za sprawą Wasiliejnko i jego "Drogi Szamana", którą wspominam całkiem sympatycznie. krótko, szybko, lekko, można się pośmiać, są nawiązania do znanych mi RPG. Super. Ale od jakiegoś czasu DCC niemal wyskakiwał mi z lodówki, a zachwytów i peanów na cześć tej książki było tyle, że uległam. Kiedy pojawiła się okazja, by książkę pożyczyć - pożyczyłam, i - niech mnie - to była najlepsza decyzja życia. Po pierwsze: bo nie utopiłam kasy, po drugie, miałam świadomość, że ksiązką rzucać po pokoju nie mogę. A zapewniam, byłoby rzucania i to naprawdę sporo. Bowiem to, co powinno bawić i śmieszyć, ruszało mnie jak skałę. A dawka obrzydliwości i fekaliów momentami powalała na kolana niesmakiem... Ale co zrobić, nie jestem już dzieckiem, żeby bawiły mnie żarty o kupie, nie jestem też niedzielnym graczem w RPG, żeby mi co chwila powtarzać w koło to samo... Eh. Szkoda. Bardzo szkoda, jak DCC zmarnował swój potencjał...!

_________________________________________________________

W zimną, zimową noc nasz tytułowy Carl wychodzi z mieszkania w samych bokserkach i kurtce, by ratować perską kotkę o imieniu Pączuś, jedyną pamiątkę po zdradzającej go na lewo i prawo dziewczynie. I tylko tak ratuje się przed zgnieceniem i niechybną śmiercią, za to trafia do wielkiego lochu, gdzie ku uciesze galaktycznych zjebów obserwujących, ma pokonywać kolejne poziomy i przetrwać. Brzmi to zaskakująco znajomo, prawda? No... to tego. Carl z Pączusią trafiają do lochu i zaczyna się ich kosmiczna przygoda z mordowaniem moobów i innych graczy, z levelowaniem i ogólnie, przetrwaniem. Pączuś w międzyczasie dostaje możliwość mówienia - i wybaczcie, ale nie będę używać pełnego "Królewna Pączuś", bo zwyczajnie mnie ta kotka denerwowała, i nic do tego nie ma tu fakt, że nie lubię kotów perskich. Pączuś jest achłanna i głupia jak but, ale szybko zyskuje większą charyzmę od Carla, ale są w drużynie, więc muszą współpracować. Carl nie ma butów, co jest chyba fetyszem sztucznej inteligencji zarządzajacej całym lochem. W międzyczasie poznajemy przyjaciół i wrogów, nowe moby, i w ogóle, cały festiwal absurdów, od prowadzących programy dla kosmitów Odetty i prosiaka, aż po korporacyjne trybiki, które zrobią wszystko, by pomóc głównym bohaterom... albo im zaszkodzić. A to wszystko to tylko 3 poziomy lochu z 18, na przestrzeni nieco ponad 500 stron.

Słodki Jeżu Anaszpanie. Jakie to było... DURNE. Tak, durne jak but, którego Carl zgubił - i nie, nie piję do faktu, że to były croksy. Po prostu to było głupie. Głupie, kretyńskie i po prostu wtórne. Autor serwuje nam próbę udowodnienia, że super zna się na RPG, i że od zera do bohatera umie turlać kością, ale najwyraźniej, wyobraźnia go zawiodła i wciąż wypadał mu krytyk. Mamy więc uwierzyć, że taki sobie Carl przez przypadek, o pierwszej w nocy, wychodzi ratować kota. A potem trafia w międzygalaktyczny spektakl... no nie. Od samego początku, od praktycznie pierwszej strony, nie ma tu nic, co by mnie bawiło. Nie ma humoru, tak szumnie zapowiadanego, nie ma akcji, która by wciągała, jest za to... absurd. Absurd, goniący absurd i będący absurdem. 

Autor kreuje świat, w którym wszystko mu wolno, miesza różne gry i najwyraźniej uważa, że to nie problem, by nie trzymać się ustalonych zasad. Mamy więc próbę satyry i parodii, która wychodzi zupełnie wcale. Jest żenująco, jest kiepsko, jest po prostu obrzydliwie. Mamy "Koksa" w czerwonych portkach, napakowanego tak, że ledwie chodzi, zmutowane kurczaki, piersi, które są tak wielkie, że położone na stole wciąż zaslaniają głowę prowadzącej show... nie wspominając już o nawiązaniach feklanych w stylu "chory odbyt skunksa z biegunką"... naprawdę, to ma bawić? Jak? Dlaczego? Po co? Nie wspominając, że motyw "randomie, przeżyj w lochu" jest naprawdę oklepany. Wszystko jest oklepane, nudne i powtarzalne, nie ma dynamiki - nawet, jeśli mamy walki, wszystko jest takie... nijakie.

Ale chyba największe obrzydzenie i niesmak miałam, na scenie z drugim wywiadem i... 12- czy 13stolatkami na widowni (z całej Galaktyki), krzyczącymi "Chrum, chrum!" i "Zabij, zabij, zabij!" - ja wiem, że to miało być w stylu amerykańskich talk show, ale było to po prostu niesmaczne i poziomem szorowało o dno i kilometr mułu. Dodajmy do tego mało zabawne opisy nagród, uparcie powtarzalne "włożyłem do inwentarza", jakby wytrawny gracz nie mógł powiedzieć, że "chowa sprzęt" czy coś. Do tego dochodzi żenujący "polski" wątek - z HopColą, McDonaldsem, ale w biało-niebieskich barwach i... kranem z Warką. W pierwszym momencie myślałam, że to tłumaczka nie popisała się kreatywnością (o czym zaraz), ale porównując z oryginałem - to autor pokazał, że jest dyletantem, który może pisać, co mu ślina na język przyniesie, bo przecież papier zdzierży wszystko. Kiepsko. Bardzo kiepsko.

Bohaterowie? Eeee... są tu jacyś? Carl nie zapada w pamięc - ot, mobek, jakich wielu, przypadkowo ma szczęście i kazjonalnie błyski geniuszu. I tyle. Pączuś to wkurzająca kotka, z przerostem ego i nie wierzę, że coś takiego ma rację bytu. Pozostałe postacie? Po zamknięciu książki zupełnie nie umiem sobie przypomnieć nikogo poza Aghatą - szaloną kobieta z wózkiem sklepowym. I tyle. Kurtyna.

Co do amej tłumaczki - no, tu się pani nie popisała kreatywnością, ale redakcja z korektą też nie. Jest masa błędów, zdań tlumaczonych prosto z angielskiego, a znajomy tłumacz na dwóch stronach A4 wypisał mi błędy, jakie sam zauważył. Poczynając od tego, że sutki mylą się z piersiami, przez skalę Farenheita zamiast Celsjusza, zmiękczanie przekleństw "Cholerny świat, Pączuś!" - to tu po prostu mnie skręcało. Ba, pozwolę sobie nawet zacytuwać jeden z jego komentarzy:

 - "A single blast took out several at a time." -> "Jeden z nich zwykle załatwiał kilka z nich naraz." – przekład na poziomie gogle translate

Tak, do żywcem wyciągnięte z Dolarowego (pozdrawiam, Dolar! :D) pliku, w którym wypisał zauważone błędy. A tych jest naprawdę... sporo. I ja wiem, że wydawnictwo pewnie parło na szkło, że hype, że modne, ale... no ja mam zastrzeżenia. Nie wspominając już, że gdyby ksiązka była o połowę cieńsza, nic by się nie stało, może autor dopracowałby humor, żeby nie był na poziomie 15latka, ale trochę poważniejszy...

Serio, chciałabym zrozumieć, co ludzi bawiło. Bo mnie? Absolutnie nic. Ani razu się nie zaśmiałam, a potrafię się nabijać z żartów o kupie choćby - tak, mam poczucie humoru, wbrew pozorom, i potrafi mnie bawić sporo, jednak tutaj? Absolutnie nic do mnie nie trafiło, wręc zbyłam momentami zniesmaczona. I jak rozważałam odkupienie książki od Muchomorka, tak, im bliżej finału... miałam mocniejsze meh. Czy zdecyduję się poznać dalsze losy Carla? Zobaczymy, jak wydawnictwo wyda co najmniej kolejne 3 tomy... ;) 

Póki co, DCC zupełnie nie trafiło do mnie i mojego targetu. Nijaka, miałka, słaba rozrywka, bazująca na "modzie". Autor słaby, bez polotu i z bardzo kiepskim poczuciem humoru. Ot, cała filozofia, ale jak ktoś ceni sobie kloaczne żarty - niech spróbuje. Może akurat będzie go to bawić bardziej, niż mnie. 



A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz