czwartek, 17 września 2026

83/2026 - Kyle Marffin, Gothique

Gwiazdek:
 6
autor: Kyle Marffin
tłumaczenie: Ewa Helińska
Redakcja/korekta: Mirosław Jarosz
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data polskiego wydania: 2007
Data oryginalnego wydania: 2000
Cykl / seria: -
Kategoria: literatura piękna
Stron: 456
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788375060614
Język: polski
Cena z okładki: 32,90 zł
Tytuł oryginalny: Gothique. A Vampire Novel
Projekt 0 TBR: TAK 

Kliknij, by wrócić do strony głównej

"Ciemność pojawia się na wschodzie. Póxniej powoli wypełza na całe miasto.
A oni się budzą wra zz nią.
Dzieci ciemności wypełzają z legowisk i wpadają wpsot w objęcia wieczoru."
Przyznam szczerze, że po prostu potrzebowałam czegoś klimatycznego, mrocnzego, jesieniarskiego i nie dającego mi zasnąć. Gothique zdawało się idealnie pasować - mroczny klimat, wampiry, no czego oczekiwać więcej? Chyba tylko samej Anne Rice czytającej mi do snu "Kroniki Wampirów"... Ale, jak to bywa, uważaj o co prosisz, bo możesz to dostać. I dostałam. Mroczny, duszny klimat i spojrzenie na subkulturę gothów jak na... bandę zdegenerowanych dzieciaków jarających się byciem LGBT+, RPG i LARPami, słuchającymi dziwnej muzyki. A, i cytujących Rice z pamięci... Ugh, kurtyna. Fani pani Meyer czy poszukiwacze słodkich, depresyjnych Louisów - nie macie tu czego szukać, uprzedzam.

_________________________________________________________

Gothique to największe wydarzenie sezonu w Chicago końcówki lat 90tych. To najmodniejszy klub, o którym wszyscy mówią, który dyktuje trendy i jest na językach wszystkich. Zwłaszcza gothów, subkultury noszącej się na czarno. Blada skóra, podkrązone, "borsucze" oczy, pomalowane paznokcie, podarte w pajęczyny rajstopy, czarne ubrania, bycie gejem albo lesbijką, granie w RPG i LARPy, cytowanie Bauedlaire'a i Rice oraz mroczna, dziwaczna muzyka - oto, czym się wedle autorki ta subkultura cechuje (ale o tym za chwilę). I to właśnie w tej subkulturze panuje największe zainteresowanie tym klubem, a raczej miejscem, które dopiero powstaje, powoli budując swoją markę za pomocą "Charde Magazine", czegoś w rodzaju Vouge, który nagle nastawia się na dekadenckie, mroczne nuty... Mroczne nuty, androgeniczne ciała, keks, krew i mrok. Świat, który jest zły, który kojarzy się z sektami i chorymi kultami - ahh, toż to (nie)idealna baza pod horror! Sęk w tym, że jeśli się nie wie, o czym się pisze, to potem momentami czytelnik znający daną subkulturę klaska Rubikowi do rytmu... 

Megan Russel to naczelna tego właśnie magazynu i ją poznajemy w dość tragicznej dla niej chwili - ucieka przed prześladowcą. Psychopatyczny typ nie do końca przestrzega instrukcji, dlatego, kiedy bardzo zadowolony z siebie pojawia się u tajemniczego Marka, jeszcze nie wie, że to początek jego końca. Przy okazji zaczynamy obserwować inne osoby: Cassa (geja) i jego przyjaciółkę Coleen, siostrę Megan. Jeffa, naczelnego grafika Charde i jego córkę, Jacks. Pomniejsze istoty i osoby, które zafascynowane są wampirami i Gothique, jak choćby Gabrielle, czy Roberta (obowiązkowo ta pierwsza to lesbijka, a ta druga to seksocholiczka), albo Gem i Mróz, albo Frank i jego pies Sox (o jak ja wyłam na jednej z nim scenie!) i ojciec Silverez. Ale, do rzeczy: Megan ginie i to rozpoczyna serię koszmarnych, niepokojących działań, które połączone są z otwarciem Gothique. W całym Chicago zaczynają znikać kolejne nastolatki należace do gotyckiej subkultury, "Charde" zaczyna kierować się w stronę mroku, co średnio podoba się Jeffowi, walczącemu wciąz o swoją córkę, podczas gdy jego żona baluje po drugiej stronie Stanów. Przypadek tylko sprawia, że to własnie Jeff, jego córka oraz Frank i pies staną się główną osią tego mrocznego, e@tycznego świata, w którym wampiry są, ale czają się pod skórą. A wszystko to dlatego, że Megan odkryła coś odnośnie wampirów, co nie powinno nigdy trafić do publicznej opinii...

No właśnie, wampiry. Wampirów tu mamy od cholery, mnóstwo i pod korek, ALE. Właśnie, mamny to "ale". Kły są plastikowe, albo dorobione pokątnie u dentysty, bo przecież u gotów, poza tym, że interesuje ich keks, najlepiej z płcią własną i w wielkokątnych figurach geometrycznych, z taką doń dedykowanych dawką gadżetów, że twórcy "The Boys" mieliby jeszcze sporo okazji do analizy i interpretacji. Ale, wracając do wampirów - większośc z tego, co się na kartach powieści pojawia, to fanowskie wizje i interpretacje, to postacie, które po prostu wypełniają gothique ciepłem ciał. Te faktyczne, krwiożercze bestie... zdecydowanie pojawiają się w bardzo medycznych ilościach, by nie rzecz, że wręcz tyle, co kot napłakał. A kiedy się pojawiają - mam wrażenie, ze stanowią parodię wampirów Anne Rice, do której zresztą autorka trochę tu pije i robi to w sposób wyraźnie negatywny. Wampiry przecież są głupie, bezduszne, atakują jak popadnie, są okrutne, uprawiają czyny zakazane na g, a i jeszcze tworzą swoich pobratymców jak popadnie. Logiczne! Przyznam, że kiedy już się pojawiały i nie był to Marek ani Arianne, to było to wręcz denerwujące. Sztywne, schematyczne, i po prostu rażące swoją nie tyle sztucznością, co bezmyślną przemocą. I ta bezmyślna przemoc zwłaszcza pod koniec, kiedy już dązymy do wielkiego finału jest... no po prostu kretyńska. Jakby autorce zabrakło pary i pomysłu. Sama idea - spoko, ale no, w którymś momencie, może zamiast opisywać zbędne elementy czy keks, można było je wywalić i zamiast tego skupić się na finale, który nie przypominał tak strasznie pulpowych filmów końcówki lat 90tych i początku 2000? ;)

Przemocy mamy tu zresztą naprawdę dużo. Pod względem horroru - no, jest tego trochę, choć pewnie znajdzie się osoba czy dwie, które się ze mną nie zgodzą. Nie mamy tu tych słodkich, delikatnych wampirzątek, które były u pani Meyer za to, a które, jak widziałam, niektórym brakuje. Ale kiedy już się wampiry pojawiają - przynajmniej te główne - widać, że czai się w nich mrok, zło, niebezpieczeństwo. I tylko przy nich, bo poza tym, cała ta otoczka, cały ten keks z nimi w udziale... trochę zbędny. No ale. Przemoc jest tu istotnym elementem, mającym obrazować, jak bardzo zło jest złe a dobro dobre. Szarości są nijakie. 

Szkoda, że postacie poprowadzono jak poprowadzono - niektóre są wyraźnie złe i po prostu się ich nie lubi, jak choćby Gabrielle, inne wydają się naiwne jak Jeff, albo dumamy, po co one, jak Frank (i scena z Soxem, no kurde!). Nie mniej, wciąż, w odróżnieniu od wielu współczesnych książek - mają jakiś charakter, coś sobą przedstawiają. Chwalmy pana, choć tyle. Nobki są nobkami, główne złole złolami (choć Arianne bardzo neutralna), a postacie, które mają coś do powiedzenia... strasznie wkurzała mnie Colleen, płaska i nijaka, a to, co z nią się ostatecznie dzieje... Ugh. Naprawdę, widać, że autorka nie miała pomysłu...

No i właśnie, brak pomysłu... I tu witamy wśród subkultury gotyckiej. Co prawda ja już dawno przestałam nosić się na "smutną czarną pandę", ale wciąż mam sentyment, a trad czy corpo goth są wciąż obecnym i jedynym stylem ubierania w mojej szafie - czyli czarno, klasycznie, bez szaleństwa. W czasach, kiedy ta subkultura w latach 90tych powstawała, odłam "jesteśmy tak wolni, kochamy wszystkich!" rządziła się trochę innymi kwestiami, niż to, co przedstawia w książce autorka, i co robi w bardzo dla subkultury sposób - jest krzywdzącym, brzydkim stereotypem. Niestety, ale to mnie strasznie wkurzało. jak już przeżyję tą nadmierną dawkę keksu, która w sumie, współcześnie nie powinna nikogo dziwić, bo niektóre książki to tylko keks z nutką postaci, taaaak... no nie do końca. No nie. Po prostu. Za to spory minus, niestety, ale tylko dlatego, że sama wyrosłam z tej subkultury, i jest mi wciąż piekielnie bliską.

A no i te oczy. Oczy tu są... ojej. Nie wiem, czy to autorka, czy tłumaczenie, ale "borsucze" oczy wcale nie kojarzyły mi się z tymi pozornie tylko puchatymi zwierzakami, a "zimne, czarno-białe spojrzenie" czy "skry sypiące z czerwonych oczu" też nie pomagały. Tak, koziołków tłumaczeniowych tu było wystarczająco, bym momentami zamykała lekturę i pytała się, jak coś w ogóle jest możliwe...

W całokształcie jednak "Gothique" to książka niezła. Zostawia tą nutkę niepokoju, poskórnego strachu, który czai się na granicy spojrzenia. Sama idea zła, które wyrasta pod nosami wszystkich w formie nocnego klubu - muah! uwielbiam. Groza, która czai się w ciemnych uliczkach, wypełza po zmroku, jest za rogiem - wiesz, że jest, ale jej nie widzisz, nie umiesz wskazać...? Cudowna. Aż chce mi się więcej takich książek, serio! To naprawdę jest warta poznania pozycja. ALE - ale jest. Jeśli oczekujecie zła, które wyskoczy jak diabeł z pudełka, albo będzie depresyjnym Louisem z "Wywiadu z wampirem" (który jest przywoływany na równi z biedną Anne Rice i innymi twórcami takiejż literatury, niczym biblia), albo w ogóle, będzie tu dużo wampirów - to nie jest to lektura dla was. 

To powieść specyficzna. Powieść przelomu wieków. Mamy dyskietki (ręka w góre, kto je pamięta!), telefony z tarczami, dopiero raczkujący internet. I to czuć. Jeśli więc ktoś szuka nostalgii - znajdzie to. Nie ma tu za grosz XXI wieku. Jest za to nieco wskazania kilku niezłych zespołów. I wizja alternatywnego świata, w którym wampiry czają się po zmroku złem, które wyeliminować można tylko i wyłącznie ogniem. I kołkami....

Czy polecam? Tak. Czy wszystkim? Nie. Ale czasem warto samemu wyrobić sobie ocenę...

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz