autor: Ilona Andrews
tłumaczenie: Anna Czapla
Redakcja/korekta: Łukasz Małecki / Małgorzata Kazańska-Piłat, Magdalena Grela
Wydawnictwo: Fabryka SłówData polskiego wydania: 10 stycznia 2018
Data oryginalnego wydania: 2008
Cykl / seria: Kate Daniels (tom 2)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 438
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788379642939
Język: polski
Cena z okładki: 39,90 zł
Tytuł oryginalny: Magic Burnes
Kliknij, by wrócić do strony głównej
_________________________________________________________
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)
Cena z okładki: 39,90 zł
Tytuł oryginalny: Magic Burnes
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Wózeczek Zagłady wybrał, więc kim jestem, by odmawiać? Tak oto padło na drugi tom urban fantasy o przygodach pewien pyskatej najemniczki (skąd my to znamy) o tajemniczych mocach (hmmm), której do majtek dobiera się co najmniej kilku typów. Dodajmy do tego fale magii, które są coraz bardziej drażniące i paraliżujące, mityczne stworzenia spacerują sobie ulicami Atlanty jakby nigdy nic, a do tego dorzućmy córkę zaginionej wiedźmy, mitologicznego herosa i kilka rozwiązań, które są absurdalne tak, że aż boli... i oto Kate Daniels cała na biało! Rozrywka lekka, prosta, ale czy przyjemna? W porównaniu z tym, co teraz wychodzi, to z pewnością, ale... Zapraszam!
_________________________________________________________
Czas na kolejny tom historii między najemniczką o niejasnej przeszłości, która posługuje się słowami mocy jak inni papierem toaletowym a całym światem, który albo chce się z nią przespać, albo zabić. No, prawie cały świat, ale kiedy już na dzień dobry mamy podkreślane, że Kate od dwóch lat nie wylądowała w łóżku z żadnym facetem, to robi się nieco niezręcznie. Ale do portu! Atlantę nawiedzają fale magii, a co jedna, to potężniejsza i bardziej paraliżująca. Ulice roją się od dziwadeł i mitologicznych stworzeń, a Kate zostaje znów wrzucona w ten bałagan tylko w majtkach z kokardką (zapamiętajcie kokardkę, ona jest BARDZO WAŻNA dla fabuły!) i w koszulce. W Plastrze Miodu znajduje Julię, młodziutką dziewczynkę, której matka zaginęła, a pewien nastolatek o imieniu Czerwony zdaje się bardzo o nią dbać. Chcąc nie chcąc, Kate wchodzi w rolę szalonej ciotki i bierze młodą pod swoje skrzydła, jednocześnie obiecując, że odnajdzie matkę dziewczynki. Przy okazji, w Gromadzie znikają mapy, a mężczyzna, który je kradnie, jest nie tylko absurdalnie przystojny, ale ma kuszę i znika nieoczekiwanie we mgle (i leci na Kate). Gromada postanawia poprosić Kate o pomoc, więc przy okazji nasza najemniczka wkurza Currana (i daje mu się nakarmić), Kate postanawia zapytać o pomoc tajemniczą Wyrocznię... i przy okazji zapoznajemy się z dawką mitologii irlandzkiej. Ostatecznie Kate nie przesypia się ani z Branem ani z Curranem, choć obaj zauważają kokardkę na jej majtkach - mówiłam, że to będzie ważne dla fabuły! - a na koniec mamy rozmowę z kusznikiem, Kate znajduje nowego przyjaciela i bierze udział w bitwie, która jest tak kretyńska, że nie wierzyłam, że to czytam. A, w międzyczasie dostajemy nowego zwierzołaka (czyli zwierzę, które dostaje ludzkie cechy, nie odwrotnie), i kilka innych głupotek...
Ten tom nie był zły. Był... niezły. Ot, prosta, lekka rozrywka, która sprawiła mi frajdę przez ostatnie 3 migrenowe dni. Kate Daniels okazuje się Merysujkową postacią, która jednak czasem potrzebuje pomocy, chłopaka i dawki snu. Kilka wydarzeń wrzucone jest bo tak, by wypełnić kartki i dać czytelnikowi wrażenie, że "ojej, to będzie trudna sprawa", ale tak naprawdę, to jest to byle pierdółka - jak choćby Grzebym i Myong. Problemy Kate są błahe, ale urastają do rangi absurdalnie wielkich, ale oczywiście, nasza heroina (postać kobieca, a nie używka, bo TAK! dowiedziałam się, że to używka i nie wolno tak do kobiet mówić!) sobie radzi z pomocą magicznego miecza i dawki znajomych. Współpraca między nią, Gromadą a wampirami jest szyta tak grubymi nićmi, że to wręcz niemożliwe, i kiedy pojawia sie wątek, w którym ona, Derek i Ghastek ruszają razem wyjaśnić kilka rzeczy, momentami łapałam się za głowę. Dodajmy do tego mitologię irlandzką... kurde, to, co byłoby naprawdę super, tu jest słabym punktem.
Niestety, ten tom to tylko rozrywka bez fajerwerków. Część wydarzeń następuje po sobie, bo tak, bez logicznego wyjaśnienia, tylko po to, by pchać fabułę w przód, a erotycznych podtekstów i sugestii jest tu tyle, że zastanawiałam się, czy aby na pewno czytam co czytam. Nie jestem pruderyjna, ale zwyczajnie momentami czułam ciary żenady przy rozważaniach Kate. Równie duże ciary miałam, kiedy pojawiał się Bran - postać z początku strasznie nadęta w sobie i infantylna, a kiedy już się jej historia jakoś rozwinęła i wyjaśniło się, kim jest... usłyszałam świerszcze. Jego spięcie z Curranem też było takie se abstrakcyjne, bo od początku wiadomo, że Kate jest Currana, i żaden innych facet nie ma prawa podejścia do niej ;) Nie zrozumcie mnie źle, cała historia jest niezła, ale po prostu momentami opadały mi ręce. I ta "finałowa" walka... na samo wspomnienie tego szerego "kłów, pazurów, ogonów" mnie trzęsie ze śmiechu, i przed oczami mam marvelowskie finałowe walki, gdzie wszyscy bohaterowie są w szeregu i odliczają... Ekhm, no.
Fabularnie? Książka ma sporo luk i sporo niedociągnięć, ale jest lekka, prosta i przyjemna - to jej niezaprzeczalna zaleta. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie, choć pewne wątki są po prostu kretyńskie (Czerwony), albo mają być elementem pchającym fabułę w przód i dającym napięcie między postaciami (Grzebyk i Myong). Nie mniej, jak ktoś szuka lekkiej, przyjemnej urban fantasy, przy której się da zrelaksować - ale nie należy próbować rozumieć motywacji postaci - to jak najbardziej, to jest to ten typ powieści. Akcja prowadzi od punktu A do D, ślizgając się po punktach pośrednich, a czytelnik pchnięty falą - ślizga się też. Szkoda tylko, że niektóre postacie potraktowano w tym tomie tak strasznie po macoszemu, albo wręcz kretyńsko - Sanamn i Ghastek zwyczajnie ucierpieli. Ten pierwszy w tej jednej, jedynej scenie na śniegu, gdzie był upojony magią, a ten drugi, kiedy sterował wampirami - niby potężny nieumarły, a postać wampira, którym kierował, była groteskowa i znacznie ujmowała pewnych cech, które Ghastek posiada. Szkoda.
Drażniły też motywy seksualne - miałam wrażenie, że z tym płaczem, że tyle nie ma chłopa i że by się przydał, i wprowadzneiem hien z ich seksualną otwartością... no po prostu było troszkę przesadzone i bardziej przypominalo mi nastoletni, mokry sen, niż poważną najemniczkę, której po prostu hormony przed okresem szaleją. No ale... chyba większym strzałem w stopę, a jakże by inaczej - było tłumaczenie ale i korekta. Ale patrząc na wydawnictwo... czego ja oczekuję? Nie wiem, na przykład świadomości, że w czasie NOWIU księżyc nie świeci na niebie jak jakaś żarówka, albo coś...? Było też kilkanaście innych smaczków, literówek i głupot tłumaczeniowo-fabularnych, które sprawiły, że musiałam się trzy razy zastanowić, co czytam, ale... hej, wszyscy wiemy, że z tym konkretnym wydawnictwem mam relację hejt-wyjebongo, więc...
W całokształcie "Magia parzy" to poprawna, ale nie zachwycająca część cyklu. Bawić się można tu nieźle, ale tylko wyłączając logikę. To lektura lekka, prosta, typowa dla klasycznych urban fantasy, gdzie mamy naszą maysójkową bohaterkę, która czasem jednak potrzebuje jedzenia i snu, więc pozwala innym za siebie działać ;) Jest warta poznania, nie przeczę, ale nie ma co dawać tu wielkich oczekiwań.
Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. Jest miło, ale nie zachwycająco. Lekko ale głupiutko - ot, cała filozofia... ;)
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz