poniedziałek, 31 sierpnia 2026

71/2026 - Travis Baldree, Legendy&latte

Gwiazdek:
 1
AutorTravis Baldree
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Redakcja/korekta: TJoanna Rozmus, Marek Stankiewicz
Wydawnictwo: Insignis
Data polskiego wydania: 22 marca 2023
Data oryginalnego wydania: 22 lutego 2022
Cykl / seria: Legendy i latte (tom 1)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 330
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788367323857
Język: polski
Cena z okładki: 44,99 zł
Tytuł oryginalny: Legends & Lattes. A Novel of Figh Fantasy and Low Stakes

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Powiedz mi, że ZUPEŁNIE nie umiesz w fantastykę, nie mówiąc mi o tym, że ZUPEŁNIE NIE ROZUMIESZ, na czym fantastyka polega. Panie Rubik, ja już generuję umowę, na bazie moich plaskaczy jak już pan napiszesz swój nowy klaskający hit, to połowa tantiemów dla mnie! "Cozy fantasy'. "Kocykowa książka, która otula". "Ciepła, napawająca optymizmem, życiowa (nie mylić z rzycią, bo mi się zdarzyło co najmniej kilka razy w trakcie lektury) fantasy o nowych początkach i o rodzinie, którą wybieramy sobie sami". "Definicja ciepłej fantasy poprawiającej nastrój..." - etc, itd... A tak, najważniejsze. "Tiktokowy fenomen!". Gdybym wiedziała, że to tak debilna książka z tak... słabym tłumaczeniem (choć tu równie dobrze po prostu oryginał może być kretyński, więc tłumacz nawet nie próbował tego ukrywać), to bym tego w Biedronce za 20 zł w komplecie z drugim tomem nie ruszyła tego nawet kijem od miotły. No ale. Byłam bez kawy, a w książce miała być kawa. I po co mi to? Chyba tylko dla krótkiego marudzenia... Zapraszam. 

_________________________________________________________

Orczyca Viv ma dość pracy jako najemnizka, więc pewnego dnia rzuca wszystko w cholerę i rusza do miasta Thune, by założyć kawiarnię. Sęk w tym, że nikt nie wiem, czym jest kawa i co to kawiarnia. Oczywiście, Viv to nie przeszkadza, bo ma magiczny kamień wyciągnięty z fałdy skroniowej potwora, którego zabiła, i dzięki temu wie, że ten interes wypali... Oczywiście, szybko poznaje kolejne osoby gotowe jej pomagać, przewozi sobie piec chlebowy na wozie (!), dostaje ekspres do kawy i wszystko układa się jej cudownie i wspaniale, nic, tylko żyć szczęśliwie.

Ludu słodki, zdrowy i jeżu w amarence tańczący bosom stupkom na brzoskwince! Ile razy jak rzucałam tą książką przez pokój, to wiem tylko ja. Ile razy wyklaskiwałam sobie na czole rytm do nowego przeboju Rubika - wie tylko Rubik i ja. Tak DEBILNEJ książki to ja nie czytałam już dawno. Tu nie ma nic, co można nazwać "cozy" fantasy. Jest za to kretynizm, cynamonki i kawa ze Starbaksa, bo dosłownie do tego się to sprowadziło. Ja wiem, że autor jest amerykaninem i nie powinnam wymagać od niego więcej, niż oddychania, bo inaczej się udusi - ale kuźwa, dlaczego polskiego czytelnika wydawnictwo traktuje jak przeciętnego amerykanina i daje mu, za ciężką kasę absurdalnie kretyńską książkę?! Pytanie zapewne bez odpowiedzi, a fani tego koszmarka zaraz mnie zjadą. Bywa.

Ale dobra, od początku. Budowa powieści jest prosta jak budowa cepa. Mamy sobie panienkę, która znudziła się pracą w korpo, nie zna się na niczym innym, ale postanawia otworzyć kawiarnię. Wybiera więc Starbuksa, bo to bardzo amerykańskie, i jakoś się to kula,a  po drodze wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Macie to? Super. A teraz pannę z korpo przełóżcie na orczycę, która jest wielka jak szafa trzydzwiowa, znudzona walką i chce otworzyć kawiarnię w świecie, gdzie NIKT NIE WIE, CO TO KAWA. Dzięki magicznemu kamykowi, który wyciągnęła z czoła potwora (tak, dobrze czytacie), trafia na idealne miejsce i wszystko się jej spełnia. Starą stajnię zamienia na kawiarnię, i wszyscy wokół żyją długo i szczęśliwie, a najbardziej czytelnicy, bo przeczytali papkę, którą rozwleczono na 300 stron, a można spokojnie było zostawić to w szufladzie. 

Mamy postacie, które kompletnie nic nie wnoszą. Wszystko wymyślają za główną bohaterkę, wszystko robią doskonale. Ich rozmowy zaś przypominają niecheblowaną deskę do podtarcia... niby się da, ale po co? Ani to zabawne ani głebokie, nic. To już w "Victorian psycho" było więcej głebi w postaciach i dialogach, choć książka równie kretyńska. Ale chyba najbardziej rozbroiło mnie jednak to, jak autor buduje swoją powieść - krótkie zdania, nic nie wnoszące. W stajni, zamiast żłobu - mamy PAŚNIK. Tak, kuźwa, w stajni, za boksami jest sobie paśnik, taki jak w lesie dla dzikiej zwierzyny, bo w boksach po co komu żłoby. Piec chlebowy - tak, wielkie, ciężkie bydlę - zostaje PRZEWIEZIONY na wozie., bo przecież tak się da, i od razu w całości można go ułożyć na miejscu i tylko potem podpiąć kilka rur, sprawdzić, czy działa i mamy to! Ale hitem dla mnie, absolutnym hitem jest tłumaczenie - odnoszę wrażenie, że zupełnie zapomniano tu o tym, że w języku polskim istnieje odmiana przez przypadki. Mamy na przykład miecz, który nazywany jest Czarnokrew. Dlaczego, po co? A po cholerę ci czytelniku, ta wiedza... Za to jak odmieniamy? Kogo, czego nie ma? CzarnokrEWA. Komu, czemu się przyglądamy? CzarnokrEWOWI. Mamy sukkuba - rodzaj żeński, zgodnie z tym, co wiem, to niezwykle piękna, uwodzicielska KOBIETA. Nie, tu, w tym koszmarku się dowiadujemy, że sukkuby są też męskie (i to są KAMBIONY), i dlatego... mamy SUKKUBĘ! Sukkubę, a nie poprawnie SUKKUBA! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARGH! Nie wiem, czy to wina tłumacza i zwyczajnego lenistwa, czy faktu, że ta książka jest po prostu marna, czy cokolwiek, ale no nie. NIE. NIE I KURTYNA - oczekuję lekkiej lektury, ok, ale nie kretyńskiej!

Ta książka to śmiech na sali. Autor jest debilem, i udowadnia to na każdej stronie. Fabuła jest pozbawiona sesnu i polotu, postacie są płaskie tak bardzo, że przeracając kolejne strony spokojnie nie robiły różnicy w objętości książki, i po odłożeniu lektury... nie wiem, co czytałam. Wkurzałam się co kilka zdań - czyli co chwila. Absurd gonił absurd, kretynizm kretynizm, absolutnie nie wnoszące nic w życie dialogi i brak pomysłu na fabułę za to bił po oczach. Odnoszę wrażenie, że dziecko w podstawówce napisze lepsze i bardziej głebokie wypracowanie, niż to, co przeczytałam. 

Niestety, "Legendy i latte" to książka rozczarowująca. Młodzieżówka? Z oporami, ale tak, ale i to dla mało rozgarniętego nastolatka. No nie, po prostu nie i kurtyna. Rozczarowująca, nijaka, mdła. Nie wiem, czy dam szansę drugiemu tomowi - bo jeśli tu już po 10 stronach chciałam zrobić DNF, to o czymś to świadczy. W przypadku tej lektury - świadczy to o absolutnym braku warsztatu, pomysłu i logice, chyba, że mówimy o chęci zysku. I sprawdzeniu, czy polacy jak gęsi, połkną wszystko, co amerykanie wyprodukują.

Szkoda. Idea była zacna, wykonanie tragiczne...

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz