Autor: Virginia Feito
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Redakcja/korekta: Bożena Sęk / Małgorzata Denys
Wydawnictwo: MovaData polskiego wydania: 11 marca 2026
Data oryginalnego wydania: 13 luty 2025
Cykl / seria: -
Kategoria: horror
Stron: 224
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788384174036
Język: polski
Cena z okładki: 56,99 zł
Tytuł oryginalny: Victorian Psycho
Cena z okładki: 56,99 zł
Tytuł oryginalny: Victorian Psycho
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Powiedz mi, że jesteś fanką epoki wiktoriańskiej i kiepskich slasherów, nie mówiąc mi o tym. Tak mogę podsumować "Victorian psycho", która to pozycja wyskakiwała mi z lodówki nieomal, i zachęcona nie tylko opisem, ale i pozyttywnymi recencjami... PRZEPŁACIŁAM ZA 200 STRON KOSZMARNEJ NOWELKI. Nie bójmy się tego określenia: PRZEPŁACIŁAM ZA NOWELKĘ. W dodatku naprawdę kiepską, nie tylko z pozycji autorki, która bardzo skutecznie mnie do siebie zniechęciła, ale też z pozycji tłumaczenia. Powiedzieć, że tą przeklętą cienizną polowałam na meszki i komary, to nic nie powiedzieć. Jad, niechęć i pogarda - tylko po kliknięciu w link. Zapraszam.
Winfreda Notty (zapamiętajcie to nazwisko, oj, zapamiętajcie!) przybywa do mrocznego, gotyckiego i bardzo "tajemniczego" Ensor House, które obowiązkowo jest posępne, mroczne i tajemnicze i stoi gdzieś na Zadupiu Wygwizdówkowym Mniejszym wśród wrzosowisk. W tym domu ma być guwernantką dwójki dziciątek, i wychować je w duchu wiktoriańskiej powściągliwości (o ironio...). Zamiast obiecanego w opisie "domu państwa Pounds (to naziwsko też zapamiętajcie!), pełnejgo przemocy, obłudy i wypaczenia - dostajemy obłudę, wypaczenie i debilizm. Głównej heroiny, ale też i narratorki tegoż koszmarka. W naszej heroinie budzi się mHrok, który wypełza jej z żoładka i oblepia duszę, a my obserwujemy, jak doprowadza kolejno do śmierci niemal wszystkich w tym domostwie. Oczywiście mamy wczesną jesień ale zimę z przebiśniegami i zajadamy trzadle, i podczas bożonarodzeniowego spędu róznych gości wszyscy zginą... No i giną. Z naszą Fredą na czele...
Powiem tak: ja nie wiem, co brała autorka, i dlaczego w takich ilościach, ale niech to odstawi albo da namiary na dillera, czyelnicy sami się go pozbędą.
Boru zielony, ta książka ma nieco ponad 200 stron,a czytałam ją 4 dni. Rzucałam ją po pokoju tak często, że aż dziw, że jeszcze nie zamieniła się w bolid. Nie wiem, kto zawinił, czy autorka, czy jej wydawnictwo, które wyraźnie przepuściło to... coś do druku, czy polskie wydawnictwo, które rzuciło się na kasę i wydało ten koszmarek tłumaczony w sposób urągający wszystkiemu, ale... No ok, wszystko do kupy. To co, odpinamy wrotki i ruszamy, co?
Winfreda Notty - pamiętacie, jak mówiłam, żebyście zapamiętali to nazwisko? Tak? Super, bo TŁUMACZKA postanawia nam wyjaśnic, co "notty" znaczy. Podobnie jak pozostałe nazwiska. Po co? Po to, żeby się zastanawiać i bonusem napompować książkę o linijkę czy dwie. Ale do tłumaczenia jeszcze dotrę, teraz skupmy się na fabule, a raczej jej kompletnym braku. Mamy tu bowiem jakieś chore strzępki informacji, w ciągu których dowiadujemy się, ze Freda kogoś polizała, wyobraża sobie śmierć, albo kogoś zabija. obowiązowo, pan domu się w niej zakochuje, a pani domu jest jej niechętną. Nasza główna bohaterka jest na siłe kreowana na mHrocznom i zUom, tom takom gorszom siostrem, która w końcu dochodzi do głosu. NIjak ma się tu wyjaśnienie jej dzieciństwa i tego, jak była wychowywana - to raczej jakaś mroczna wyobraźnia, mokry sen autorki, by stworzyć groteskowo-slasherową bohaterkę, która zaszokuje, "rozliczy za dawne krzywdy" (a co tu jest do rozliczania?) i ogólnie, będzie mhroczna tak bardzo, że oesu. Nie było tu niczego takiego, a wręcz przeciwnie: groteska pokazana bardzo nieudolnie, za sprawą quasi wiktoriańskiej otoczki, która oscylowała gdzieś między "jestem tak strasznie gotycka, że Dickens może mi jeść z trzewików" a "w sumie nie wiem, o czym pisać, to piszę, co popadnie". Pozornie dziwne relacje w domostwu państwa Pounds (tak, oczywiście, nazwisko też bylo wyjaśnione), jeszcze dziwniejsze zachowanie Fredy, cały ten mrok, który nie był mrokiem...
Autorka próbuje nam wmówić, że pisze o czasach wiktoriańskich - ale gdzie są typowe elementy tego czasu, gdzie charakterystyczne stroje, zachowania? Mierzenie czaszek czy wspomnienie arszeniku w strojach, nie mówiąc już o "mrocznym" domostwie nijak nie wprowadza tego oczekiwanego mroku. Padłam w chwili, jak się dowiedziałam, że postacie noszą... żaboty (a nie fulary). mrok, który ma wypełnić główną bohaterkę jest śmieszny i absolutnie niczym nie uzasadniony, poza chyba chęcią zaszokowania co delikutaśniejszych czytelników - doprawdy, nic nie ratuje głównej bohaterki i jej kretynizmu, nawet wyjaśnienie, jaką miała traumatyczną przeszłość. Wręcz przeciwnie - odnoszę wrażenie, jakby od tej przeszłości za wszelką cenę autorka uciekała, tworząc postać pozbawioną celu, charakteru i pomysłu.
Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że pod naprawdę ciekawym i ładnym wydaniem - tak, mówię to ja, która za barwionymi brzegami nie przepadam zupełnie - nie wnosi nic. A może nie, wnosi. Wnosi na salony próbę pokazania pod płaszczykiem piękna, że pisać każdy może, a im więcej gore (finał), im wiecej niesmaczności (wstawki o podcieraniu się nekrologami), kretynizmu (cała postać Fedy) i zachowań, które absolutnie nie powinny być traktowane jako super, a wręcz piętnowane, nawet pod płaszczykiem "bo w XIX wieku tak było!" - tym lepiej. Taka "Hunting Adeline" tylko bez czynu zabronionego na G, za to z dawką idiotyzmów. No nie, nie kupuję tego, absolutnie i jestem zniesmaczona tak autorką, jak i polskim wydaniem, że w ogóle coś takiego puszczono na rynek. Ale hej, czego oczekuję, patrząc na "poziom" wydawanych teraz książek?
Wilfreda jako postać jest absolutnie nierealistyczna, nie do uwierzenia i nie do akceptacji, nawet jako wytwór dfantazji. Nie i basta. Jest antypatyczna, głupia i po prostu absolutnie nie do uwierzenia. Opisywane przez nią wydarzenia i osoby również są absurdalne. Nie, i basta, kartka papieru miała więcej głebi, niż to, co tu się działo. Przykład? Mamy wczesną jesień, ale w powietrzu mamy śnieg z rączkami i nożami (sic!) a na trawnikach kwitną przebiśniegi...
I tu przechodzimy do gwoździa programu, czyli... TŁUMACZENIA! Jeżu słodki z Amarenki co brzoskwinkę tuptasz swom stupkom, tak ZŁEGO tłumaczenia nie widziałam już dawno. Pomijam tłumaczenie czytelnikowi nazwisk i miejsc - mamy wyjaśnienie, że to przymiotnik, rzeczownik, czasownik i wyjaśnienie, CO TO ZNACZY. Tak, bo czytelnik jest kretynem. Ale równocześnie nie mamy wyjaśnienia choćby nazwy pewnego ptaszka z gatunku trznadli, bo po co. Tłumaczenie jest straszne, miałam wrażenie, że wręcz dosłowne, bez finezji i polotu, której oczekiwać by można po kimś, kto ma niemałe wszak doświadczenie. Niektóre porównania czy opisy wydarzeń są, mam wrażenie, tłumaczone dosłownie, słowo w słowo, przez co całe akapity nabierają absurdalnych, wyolbrzymionych cech, które, zamiast podkreślać nastrój grozy, podkreślały tylko ilość facepalmów, jakie czyniłam. Jeden z prztykładów, to już zaraz na początku: "Mój wzrok pada na aksamitny zad konia przedemną, następnie na samego woźnicę o obliczu poznaczonym kraterami blizn po ospie i z wielkim nosem opadającym jak wole." - czy ktoś mi wyjaśni, jak nos może opadać jak wole...?
Powtarzalna, nudna, nijaka, ze źle rozpisaną fabuła: długo nic, na koniec wszystko do jednego kotła. Dawka kiepskiej makabreski, która zachwyci tylko fanów naprawdę słabych slahserów.
Czy polecam? NIE. Czy sięgnę raz jeszcze? Absolutnie nie. Źle przetłumaczona, fatalna językowo pozycja, która odrzuca, nie zachwyca. Sprzedawanie pod płaszczykiem współczesnej mody "wszystkiego, co chore, mroczne i pokręcone" powinno być za to karalne. Ot co!
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz