piątek, 28 sierpnia 2026

68/2026 - Patricia Briggs, Wilczy trop

Gwiazdek:
 6
AutorPatricia Briggs
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Redakcja/korekta: Karolina Kacprzak / Katarzyna Pawlik, Agnieszka Pawlikowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data polskiego wydania: 10 czerwca 2022
Data oryginalnego wydania: 01 sierpnia 2008
Cykl / seria: Alfa i Omega (tom 1)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 440
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788379647378
Język: polski
Cena z okładki: 49,90 zł
Tytuł oryginalny: Cry Wolf

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Hałda Zagłady bawi, uczy i edukuje, i przypomina, co człowiek na regale posiada. A patrząc na fakt, że pierwszy raz książkę ta czytałam ponad 11 lat temu, i gdzieś w trakcie sobie odświeżałam, z niejaką ciekawością sięgnęłam znów po "Alfę i Omegę", tym razem uż w pełni uzbrojona w historię Mercy Thompson, więc... czy coś mogło iść nie tak, kiedy autorka postanowiła uzupełnić swoje uniwersum o ten cykl...? No cóż. Sporo. Może nie aż tak źle, jak można by się spodziewać, ale gdzieś od połowy widziałam już tą klasyczną tendencję spadkową. Ale hej, "Alfa i Omega" to wciąż niezłe wprowadzenie w świat wilkołaków...! Gdyby tylko nie pewne tłumaczeniowe fikołki i akcja, która w którymś momencie sprawiła, że moje uderzenie głową w biurko słyszeli w Seulu... Zapraszam?

_________________________________________________________

Anna Latham to kelnerka w chicagowskiej knajpce, cicha, spokojna, nie wadząca nikomu... i skrywająca sekret. Jest POTWOREM. I to potworem nie byle jakim, bo aż wilkołakiem. Ale nie może być za różowo, bo jej wilkołacze życie różami nie jest usłane. Wszystko zmienia się nieoczekiwanie, kiedy podczas karmienia kota swojej sąsiadki w gazecie zauważa pewne zdjęcie... gdyby wiedziała, że jeden telefon sprowadzi na nią takie zmiany, może by się dwa razy zastanowiła. A może i nie. Bowiem, oto niczym koń na białym rycerzu, pojawia się jej wybawiciel, który zabiera ją w góry Montany, gdzie czeka ją pozornie lepsze życie. Hej, dziewczyno, porywa cię półindianin, któremu ryło Michał Anioł dłutem przestawiał, masz wielkie stado, w którym wszyscy cię uwielbiają, więc co może iść nie tak...? Pomyślmy... Nasza omega, bo tak, wilczyca jest omegą, czyli ma moc wyciszania emocji wszystkich wilków - przez ostatnie 3 lata była traktowana jak zabawka erotyczna dla swojego stada, teraz musi przenieść się do niego świata, gdzie czy jej się podoba czy nie, czeka na nią partner, który od pierwszej chwili widzi w niej swoją towarzyszkę... dodajmy do tego bardzo starego wilkołaka, który popada w szaleństwo, byłego żołnierza-wilkołaka, który jest w fabule potrzebny tylko chwilę, oraz wiedźmę, która... no, jest - co może iść nie tak!?

Oh, deer. Lubię Patricię Briggs, bo jej proza jest prosta jak budowa cepa, nie wymaga wiele wysiłku w zrozumieniu i potrafi donieść od brzegu do brzegu. Książka, którą zaczęłam wczoraj wieczorem, kończona była dziś w trakcie lepienia pierogów - i całkiem nieźle się bawiłam. Po prostu taki hamburger literaturowy: nic skomplikowanego, wyrafinowanego, a człowiek ma czasem ochotę. I tak oto pojawiła się mi w rączkach "Alfa i Omega" a raczej, pierwszy tom tej serii - co się super składa, bo podobno Fabryka Słów postanowiła wydać czwarty tom... (gdzie starsze tomy Mercy to sobie czytelniku radź sam!), więc... poszło. I nie było źle. Było przyjemnie, lekko, głupiutko, ale finał to sprawił, że wywracałam oczami co chwila.

Poznajemy Annę jako kobietę złamaną. Silne i szalone stado biło ją i uprawiało czyn zabroniony na g, skutecznie zabijając w dziewczynie wszelkie potrzeby. Dlatego, kiedy w końcu się przełamuje, widząc zdjęcie, przełamuje się na tyle skutecznie, że zapomina o całym swoim dotychczasowym życiu i przenosi się do Montany, mimo, że chwilę wcześniej widziała, jak Charles, jej wybawiciel, zabija większość stada. Logika dziękuje i się wynosi. Charlse nie od początku akceptuje Annę, uważa ją za przeciętną babeczkę, ale ponieważ jego wilk wybrał ją na towarzyszkę, to mamy instant zakochanie, i cierpliwość i zazdrość i obserwację. Oczywiście, od razu mamy też spięcie z Maurem, który kiedyś był w związku z Omegą, i teraz cierpi i chce umrzeć, ale opcja wkurzania Charlesa jest za silnaale Anna wszystko wytrzymuje i staje się cud, Maur odpuszcza. Ale nie może być różowo, bo mamy w górach samotnika i oczywiście, Charles i Anna ruszają jego tropem, ale to przy okazji pułapka...

Boru szumiący jagódką ostatnią z kruszoneczką w drożdżówce! Co się tu działo, to ja sama nie wiem, poza faktem, że przez ksiązkę płynęłam jak przez rozpuszczone masełko. Serio, fabuła jest prosta jak budowa cepa, wszystko kręci się wokół tego, że zabójcza-wilkołak znajduje swoją partnerkę. Kurtyna, po dwóch tygodniach już ślub, bo sie kochają. Naciągane to było bardziej niż gumka od majtek, ale hej, tak już u Briggs jest. problemy z przemocą keksualną WHO? Trauma na umyśle WHO? ja rozumiem, że komuś zależało na opisaniu, jak super jest się w związku z wilkołakiem, ale kompletnie nie kupowałam tego wszystkiego. Było ok, ale bez przesady. Nie wiem, miałam wrażenie, że w tym cyklu takie bardzo jednak traumatyczne wydarzenia potraktowano jako coś zwykłego, bo "wilczyca osłania". Normalnie, jakbym słyszała pewną panią polską pisarkę, której peron logiki odjechał... No mniejsza z nią, wracajmy do fabuły. Ta jest naciągana jak gumka w babcinych majtkach, wszystkie wątki traktowane sa straszliwie po macoszemu - skoro ma być tak, to będzie tak, i nikt nie zastanawia się nad konsekwencjami. Główni bohaterowie się w sobie zakochują, bo tak? Oczywiście. Patnerka ojca Charlesa jest wkurwiająca bo tak? Ależ oczywiście (co zresztą bylo pokazywane już w przypadku Mercy, choć tam była taką postacią była Adama). Mamy antagonistę, czy raczej antagonistkę, która wali nam rozmową, która ciągnie się przez pięć stron, a sama zła jest niczym rozkapryszona pięciolatka? Odhaczamy na liście. Zresztą, ta antagonistka miała motywy tak kretyńskie, że po prostu włosy mi prostowało (a mam proste). No i dodatek "dzikiego" wilka... to było tak na odwal, że aż bolało.

Zresztą: ona jest biedna, boi się, bo stado źle ją traktuje -> dzwoni do marroka -> poznaje Charlesa -> jej byłe stado zostaje rozwiązane -> jedzie do Montany -> poznaje Asila i marroka osobiście -> przesypia się z Charlesem i się otwiera ale się zamyka -> samotnik w górach -> wysłanie Charlesa i Anny w góry -> Asil rusza za nimi -> antagonistka atakuje -> kretyński finał i pośpieszna ceremonia. No kurde, jak na 400 stron, to naprawdę sporo się dzieje, ale połowa z tego potraktowana jest po macoszemu i z takim olewaniem, że to aż boli i nie do uwierzenia, jak można tak bardzo olewać pewne kwestie.

Z jednej strony - książka jest spoko, fajnie pokazuje hierarchię wilkołaków, wyjaśnia pewne kwestie i zagadnienia. Poznajemy, o co chodzi z alfą, kim jest drugi i trzeci tegoż, jaką rolę mają wilki uległe, i co wnosi omega. Dodając do tego wątek urban fantasy, czyli współczesny świat, w którym mamy wilkołaki, wampiry, wiedźmy, i całą resztę - w jakiś sposób całość się broni. Ale kiedy dochodzi co do czego, i zaczynamy spoglądać na ogólną konstrukcję, na budowę bohaterów - wyraźnie coś zgrzyta. No po prostu wszystko chwieje się niczym kolos na glinianych nogach, i to, że to wszystko działa, a nie jest kretyńskie jak but - to chyba tylko zasługa lekkiego pióra autorki, oraz tłumaczenia, które jednak momentami nie donosi, ale o tym zaraz.

Postacie? na swój sposób są do lubienia, ale Anna jest mi kompletnie obojętna i zupełnie nie do uwierzenia, że choć wie o 'traumach" jakie przechodziła i przed którymi chroniła ją wilczyca, to nie chce mi się wierzyć, że tak o, bez problemu sobie z tym wszystkim radzi. Charles to typowy przystojniak, który z miejsca zamienia głowę z główką, i jest dla niej zrobić wszystko - no w to nie wierzyłam zupełnie, podobnie jak w tą nagłą eksplozję uczuć i miłości. Za to bardzo zainteresował mnie Bran i sam Asil - o tym ostatnim to z przyjemnością bym poczytała, bo to postać wybitnie nietuzinkowa, a tu po prostu pokazana była jako odszczepieniec. I choć miał swoje powody, nawet zostały one zaznaczone, mam wrażenie, że go stanowczo za mało. MAŁO! O wiele bardziej go wolę od Charlesa... ;)

Mam nieco problemu z tłumaczeniem - momentami pojawiają się specyficzne słowa, które oznaczają... przyjście. Albo problemy. Nie do końca mi pasowały w lekkości narracji, ale no, to już kwestia gustu, za to kompletnie rozbawił mnie... atrament. Tak. Atrament, bo Anna poszła się kąpać i atrament był gorący. Nie mam pojęcia, co atrament ma do kąpieli, ale moja wyobraźnia pomknęła radośnie. Było też kilka koślawych zdań, których znaczenia musiałam się domyślać z całego akapitu - ale tu już raczej korekta z redakcją zawiodły, niż faktycznie tłumacz. 

W całokształcie, "Wilczy trop" poza tymi oczywiście absurdalnymi, walącymi po oczach absurdami z miłością, antagonistką i sytuacjami, które dla normalnego człowieka brzmiały co najmniej no właśnie: absurdalnie - jest ksiązką lekką, przyjemną i nie wymuszającą na czytelniku specjalnie skupienia. Leci się płynnie, czyta szybko, wydarzenia gnają, i jeśli nie zastanawiamy się nad nimi - to się po prostu przechodzi po stronach aż do końcówki, która wydaje się za szybka, za oczywista i za nagła. Jeśli ktoś szuka lekkiej, prostej lektury, która nie jest oczywistym pornolem, ale ma w sobie element erotyki i bliskości: myślę, że to będzie fajna odskocznia. Łatwo, miło i przyjemnie, ale czy zasługuje to na zachwyt? Nie.

"Wilczy trop" to lekkie, proste urban fantasy z czasów, kiedy był na nie boom. Czuć, trąca myszką, jest specyficzne. Ale... czasem człowiek musi też takiego "hamburgera" zjeść, choćby dla odświeżenia sobie literackiego podniebienia... ;)

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz