Tłumaczenie: Michał Jakuszewski, Beata Jankowska-Rosadzińska
Wydawnictwo: Rebis
Data polskiego wydania: 11 listopada 2009
Data oryginalnego wydania: 2005
Cykl / seria: Czarna Kompania (tom 1-3)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 920
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788381881739
Język: polski
Cena z okładki: 49,90 zł
Tytuł oryginalny: Chronicles of the Black Company: The Black Company, Shadows Linger, The White Rose
Kliknij, by wrócić do strony głównej
"Czarna Kompania"! Słynna, kochana lub znienawidzona. Dla jednych pozycja kultowa i obowiązkowa, dla innych bazgranina, którą nie ma co sobie zaśmiecać czasu. Pozycja tyleż kultowa, co mieszana z błotem, bo nie jest tak... pełna fajerwerków, jak niektóre, później na niej bazujące pozycje. Ja należę do obozu kochających Glena Cooka, i choć momentami mnie irytuje długością rozwlekania historii przez Konowała, to jednak jego Czarna Kompania to dla mnie absolutnie kultowa pozycja, po którą sięgnęłam z niekłamaną przyjemnością. I choć było kilka momentów, w których się nudziłam... hej, Konował, chodź, siądź z piwem i pogadajmy o tym, co się stało..! Tak. Jestem nieuleczalną fanką, więc cóż poradzić. Zapraszam!
_________________________________________________________
Tytułowa kompania, to oddział najemników funkcjonujących w ponurym świecie ogarniętym konfliktem między potężnymi czarnoksiężnikami. Kiedy na wolność z Krainy Kurhanów wydostaje się Pani, żona Dominatora, potężnej, absolutnej złej istoty, a wraz z Panią na wolność wydostają się Schwytani, jeden z nich, Duszołap, wynajmuje usługi Kompanii w jednym z miast-klejnotów, Berylu, wprowadzając jednocześnie kompanię w świat chaosu, wewnętrznych walk i konfliktów. Kompania nieoczekiwanie musi zmienić barwy, kiedy w jej szeregach nieoczekiwanie znajdzie się niemowa zwana Pupilką, w której świat widzi legendarną Białą Różę, mającą przynieść kres Dominatorowi i Pani... a wszystko to nakłada się na jeden cel - na dotarcie do Khotovaru, legendarnego miasta, z którego Kompania pierwotnie wyruszyła...
"Kroniki Czarnej Kompanii" to nie jeden, a trzy tomy, które wprowadzają nas w mroczny świat stworzony przez Glena Cooka. Świat, w którym potężne Imperium upadło, ale po przywróceniu tajemniczej Pani znów przejmuje władzę nad światem. W tym wszystkim jednak pojawia się Dominator, mąż Pani, mroczna i zła istota, która uwięziona w kurhanie, przebudzona, chce powrócić i przejąć rolę władcy. W pierwszym tomie poznajemy świat, historię Czarnej Kompanii, najemników, którzy wędrując z miasta do miasta, siłą i sprytem sprowadzają pokój i władzę Pani. Całą historię opowiada Konował, kronikarz i lekarz kompanijny, który w przypływie chwili pisze kilka romantycznych opowiadań o Pani, czym ściąga na siebie jej uwagę, i dzięki temu znajduje się niemal w centrum wydarzeń. Wraz z nim obserwujemy Schwytanych, potężnych czarowników, którzy służą Pani, ale jednocześnie toczą między sobą wojnę o władzę. Obserwujemy też wydarzenia, które prowadzą od triumfu, aż do upadku, i ponownego powrotu na drogę wojny. Ukrywanie się, bycie wśród buntowników, aż do wielkiego finału. Brud, błoto, strach, wybuchy, niebezpieczne istoty, i wędrówka. A wszystko to okraszone wspomnieniami z Wietnamu, które były inspiracją, i brutalny, brzydki świat, w którym moralność jest szara, a dłużba dla dobra czy zła nie jest zawsze tym, czym się wydaje.
A wszystko to na nieco ponad 900 stronach, w trzech tomach skompilowanych w jeden. Bawiłam się tu przednio, z dozą radości zanurzając się w to, co dla wielu jest nijakie, brzydkie i szare, pozbawione polotu. Ta szara codzienność opisywana oczyma kronikarza właśnie tak mnie pociąga. Historia, która opowiada o zwykłych ludziach i ich zwykłych problemach, uwikłanych w konflikt, którego nie chcieli, ale zostali zmuszeni i wplątani. Historia o przyjaźni, trochę szorstkiej, trochę specyficznej, w której magia stanowi raczej ciekawostkę, niż faktyczne rozwiązanie wszystkich problemów. No i właśnie, bohaterowie - zwykli, przeciętni, pozbawieni nadniaturalności - szarzy żołnierze, którzy spędzają z sobą czas. A jednocześnie odnajdujemy tu echa wojen i konfliktów, których odbicie widać choćby w 'Białej Róży" i opisach walk na pustyni.
Uwielbiam, naprawdę, uwielbiam Czarną Kompanię i nie będę się z tym kryła. Moja miłosć do tej serii trwa od czasów, kiedy w publicznej bibliotece, będąc jeszcze w szkole podstawowej odkryłam pierwsze wydania - i tak się zakochałam. Zakochałam się w Goblinie, Jednoookim, Milczku i Konowale, w Pani i całej reszcie tej dziwnej zbieraniny, która żyje na kartach powieści. To książki specyficzne, nie dla każdego, ale właśnie ten surowy styl naprawdę mnie urzeka. Jasne, po latach widzę pewne... niedociągnięcia czy nieścisłości, pewnego rodzaju zastrzeżenia, które dla wielu sa przeszkodą: jak choćby brak początkowo zrozumienia, co się dzieje, bo zostajemy wrzuceni w sam środek historii bez wprowadzenia. Oh, dajcie spokój, nie bądźcie takimi królewnami! Na tym polega urok tej historii, Konował nie opowie wszystkiego czytelnikom, bo tak. Zapisy w kronikach też nie są prowadzone liniowo, tylko momentami chaotycznie... i TO ma swój urok! Cholera jasna, ludzie! Toż to hisotira pisana z perspektywy lekarza, jego oczami a nie narratora wszechwiedzącego... ale wiadomo, jeszcze się taki nie urodził i te sprawy.
Uwielbiam bohaterów, jakich Cook wykreował. Konował to moja absolutna miłość, a sakrazm i cynizm, jaki przewija się w jego pisaninie jest absolutnie genialny. uwielbiam konflikt miedzy Goblinem i Jednookim, ich specyficzną, dziwaczna przyjaźń. Podziwiam Schwytanych i to, jak snują między sobą intrygi. Pupilka mnie wkurza, Kruk irytuje. Każda z postaci pojawiających się na kartach tej powieści jednak coś z sobą niesie, coś chce sobą przekazać. No absolutnie jestem na tak, jestem kupiona i z prawdziwą przyjemnością śledziłam kolejne posunięcia. Nawet nie będę ukrywać, że wiele rozwiązań fabularnych czy wydarzeń, o powiedzonkach nie mówiąc - weszło na stałe w moje życie codzienne i rozgrywki RPG, które do dziś pielęgnuję jako bardzo istotny element mojej higieny czytelniczej ;)
Momentami miałam problem z tłumaczeniem, ale - tu pozdrawiam panią U, która wysmarowała mi prześliczną wiadomość na LC, udowadniając, że jest przecież najlepszą ze wszystkich ;) - w jakiś sposób broniło się to wszystko, poza tym, w pamięci wciąż miałam jeszcze starsze tomy, starsze wydania. I tak choćby "Piórko" zamieniła się w "Pióro", a jałowiec stał się przyprawą a nie miastem - od pierdółki, ale chwilami miałam takie... serio? Ale to kropla w morzu, podobnie jak drobne potknięcia korektorskie - brak przecinka czy dużej litery, ale to dosłownie, pojedyncze przypadki.
W całokształcie - "Kroniki Czarnej Kompanii" to absolutnie genialna pozycja, warta każdej chwili. Jest brutalna, okrutna, nie zstawiająca litości i jeńców. Wprowadzająca w swój świat bez poduszki ochronnej, ale to właśnie mi isę podoba. Nie ma wprowadzenia, nie ma prowadzenia za rączkę. Albo, czytelniku, idziesz z nami, albo zostajesz z tyłu. Doprawdy, nie zrozumiem tego narzekania, że ta książka jest zła, nudna i w ogóle - nie. Ona jest świetna, błyskotliwa, z akcją. Tylko że, drodzy zniechęceni, najwyraźniej nie jesteście odbiorcami tych historii. I tyle ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz