piątek, 2 stycznia 2026

1/2026 - William Goldman, Narzeczona księcia

Gwiazdek:
 4

AutorWilliam Goldman
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Redakcja/korekta: Paweł Gabryś-Kurowski / Ewa Mościska
Wydawnictwo: Jaguar
Data polskiego wydania: 2018
Data oryginalnego wydania: 1973 
Cykl / seria: -
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 480
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788376866482
Język: polski
Cena z okładki: 37,90 zł
Tytuł oryginalny: The Princess Bride

Kliknij, by wrócić do strony głównej

„Witaj. Nazywam się Inigo Montoya. Zabiłeś mego ojca. Gotuj się na śmierć.” — któż nie pamięta, ba! nie kojarzy tego cytatu, niech idzie klęczeć na grochu. Absolutnie genialna ekranizacja tej nieco zapomnianej, absurdalnej książki dała niezapomniane wrażenia. Lubię sobie od czasu do czasu obejrzeć tę filmową adaptację, więc — kiedy w bibliotece na wyprzedaży trafiłam na wersję papierową, uznałam, że łapię, by porównać sobie obie. Jakież było moje zdumienie, kiedy dostałam naprawdę nudny wstęp, a później nie mniej absurdalną treść... Doprawdy, co ja przeczytałam...? A może raczej, dlaczego ja to przeczytałam? Książka w książce o książce to wyższy poziom książkowości... czy coś? Zapraszam.

_________________________________________________________

Zaczyna się niewinnie. Ot, mężczyzna wysyła swemu synowi na urodziny książkę, którą pamięta z dzieciństwa, kiedy czytał mu ją ojciec. Nieświadomy jednak jest faktu, że połowa książki, którą on pamięta, jest... łagodnie mówiąc, absurdalnie nudna, więc postanawia ją poprawić tak, by czytało się lepiej. Czy mu to wychodzi? Hm. Zdania są podzielone, rabini nie są zgodni. Dość, że w książce dostajemy adnotacje autora, wyjaśniające, co poprawił, co usunął, a co zignorował, pozwalając czytelnikowi wierzyć, że właśnie dostajemy historię zgodną z tym, co on pamięta. Dostajemy więc historię Buttercup, wiejskiej dziewczyny, która traktuje z góry zakochanego w niej parobka, a jednocześnie z każdą chwilą staje się piękniejsza. W końcu jest tak oszałamiająco piękna, że zostaje tytuową narzeczoną księcia, ale zostaje porwana, co ma spowodować wojnę między Florenem a Guldenem (tak, dobrze czytamy...), jednak zostaje uratowana z rąk bandytów i przeżywa kilka przygód...

Wiedziałam, czego mniej więcej się spodziewać, bo pamiętałam film, pamiętałam też — dawno temu — że pozycję tę czytałam i nie było źle. Okazało się jednak, że było po prostu gorzej, niż to pamiętałam, i ekranizacja naprawdę dobrze sobie poradziła, obrazując te wszystkie głupoty, jakie tu były. I zanim mnie zjecie — ja wiem, że to powieść przerysowana, wykpiwająca pewne schematy i modele zachowań, które w czasie powstawania tej książki były dość... modne, jednak, na litość boską. Momentami chciałam naprawdę rzucić tą książką w ścianę, zwłaszcza z racji zbędnych i zupełnie nieśmiesznych komentarzy autora. Pomijając już przerysowany wstęp opowiadający o jego życiu, żonie — cudownej pani psycholog dziecięcej, wspomnieniu jakiejś tam panienki, która się do niego uśmiechała, i o grubym synu, któremu wszystko można... I najwyraźniej autorowi też, bo jego komentarze o tym, co istniało, co nie istniało, co skrócił i wyrzucił, były po prostu zupełnie nijakie.

Śledzimy tu historię Buttercup, która poza byciem piękną jest totalnie wkurzającą i nijaką postacią, ale hej! jest, żeby ślepo zakochany w niej Westley mógł ją ratować. Oprócz tego śledzimy jeszcze olbrzyma Fezzika i mistrza szpady, Inigo Montoyę. Ich przygody, często przerysowane i absurdalne, ciągną się przez czterysta stron, a ja naprawdę mocno się męczyłam, by nie zrobić DNF-u jak najprędzej. Zwyczajnie, choć uważam, że mam spory zapas poczucia humoru, gdzieś tu wszystko uciekło i to film wykorzystał najlepsze gagi i żarty sytuacyjne, zostawiając mnie z namiastką tego, czego oczekiwałam. Może gdyby nie ciągłe wstawki autora, wyjaśniającego, co było, co nie było albo co gdzie usunął — byłoby lepiej, mniej męcząco? Po prostu momentami książka zestarzała się strasznie.

Postacie? Są. Chyba najciekawszą był Inigo Montoya, mój ulubieniec. Później Fezzik, Westley. Na koniec Buttercup, której głupota i bycie „księżniczką w opałach” straszliwie irytowało. Ja wiem, postacie są przerysowane, mają stanowić parodię, pastisz taki dla heroin i herosów, ale w zasadzie, gdyby nie fakt, że widziałam ich zgodnie z tym, jak wykreował ich film, to absolutnie żadnej bym nie polubiła. Postacie są irytujące, papierowe i płaskie i choć wiem, że niektórym przypadnie do gustu poziom ich... logiki, to jednak mnie pokonał. Zdecydowanie lepszy był film.

W całokształcie „Narzeczona księcia” nie jest książką złą. Jest książką dobrą, przyjemną, lekką, momentami nawet zabawną, choć nie ma co oczekiwać po niej, że będzie lekturą wybitną. Ot, po prostu książka, która pozwoli się zrelaksować, niektórym da dawkę śmiechu, ale w całokształcie po prostu pójdzie dalej jako „młodzieżówka fantasy”. Ot, ani specjalnie dobra, ani specjalnie zła. Czy po nią jeszcze kiedyś sięgnę? Nie wiem. Wiem, że na pewno śmiało mogę polecić ją młodszym czytelnikom. Ewentualnie sięgnę po nią, kiedy wybitnie będę potrzebowała poprawy humoru...


A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz