Gwiazdek: 7
Autor: Ian R. MacLeodTłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Redakcja / Korekta: Maria Rawska / Urszula Okrzejka
_________________________________________________________
Wydawnictwo: Mag
Data polskiego wydania: 07 marca 2008
Data oryginalnego wydania: 2005
Cykl / seria: Wieki Światła (tom 2) / Uczta Wyobraźni
Data polskiego wydania: 07 marca 2008
Data oryginalnego wydania: 2005
Cykl / seria: Wieki Światła (tom 2) / Uczta Wyobraźni
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 389
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: twarda
ISBN: 9788374804578
Stron: 389
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: twarda
ISBN: 9788374804578
Język: polski
Cena z okładki: 19 zł
Tytuł oryginalny: The House of Storms
Cena z okładki: 19 zł
Tytuł oryginalny: The House of Storms
Słowo się rzekło, kobyłka u płota, a ja sięgam po kolejne tomy monumentalnej serii „Uczty Wyobraźni”. Teraz padło na „Dom Burz”, który już kiedyś raz czytałam i pamiętałam, że podobał mi się ogromnie; autor naprawdę miał talent i potrafił czarować słowem. Zresztą pamiętam, że dorwałam tę pozycję na bazarku w Katowicach, na dworcu PKP... ehh, piękne czasy ;) no ale. Nie czekając na oklaski, wbiłam się kiełkami w już długo oczekiwaną lekturę, którą miałam zaplanowaną jeszcze na zeszły rok! No nic. W pamięci, mając wciąż naprawdę dobry „Wiek światła”, w iście dickensowskim stylu zatopiłam się w eterze, który buduje... i niszczy. Ehhh, uczta? O tak. Uczta! Choć z finałem nieco przesyconym. Zapraszam.
_________________________________________________________
Mamy Wiek Światła, taką naszą końcówkę XIX wieku, w alternatywnej Anglii, gdzie to eter jest siłą napędową wszystkiego. Alice Meynell, piękna i sprytna kobieta, korzysta z każdej możliwości, jaką posiada nie tylko jako bogata i wpływowa archechmistrzyni cechu telegrafów, ale i jako osoba, stara się ze wszystkich sił uratować życie swego jedynego i ukochanego syna, Ralpha. Chłopak cierpi na gruźlicę, a zmęczona jazdą od uzdrowiska do uzdrowiska, przyciśnięta desperacją, przybywa do Invercombe, żyjąc nadzieją, że miejscowy klimat morski i ruch uleczą chłopca. Prawda jest jednak bardziej mroczna: jej dawny kochanek, Silus, przemieniony przez eter w coś dziwnego i odmiennego, zamieszkuje w tajemniczym Einfell. Alice pragnie wykorzystać dług, jaki mężczyzna wobec niej ma, do własnych celów. Los jednak bywa nadpodziw okrutny i przewrotny. Ralph odkrywa bowiem, że Invercombe to nie tylko przebogata biblioteka i możliwość nauki, ale też i miłość... ale nad tym wszystkim czuwa mroczny duch pragnień Alice oraz wojna między Wschodem i Zachodem, która zbliża się z każdym dniem bardziej... Wiek Światła chyli się ku końcowi...
Ian R. MacLeod tworzy w swoim uniwersum niesamowity, bogaty świat, który poznałam w „Wiekach światła”. I nie, nie trzeba tej pozycji znać, by sięgnąć po „Dom burz”. Co prawda znajdziemy pewne elementy wspólne, ale nie wpływa to w żaden sposób na odbiór pozycji. Za to mamy rozwinięcie tego świata i choć wielu powie, że trzecia część tego tomu była najsłabsza — czy ja wiem? Wiem, że „Dom burz” opowiada historię przemian, historię zmian, pokazuje, jak niewiele trzeba, by iskra doprowadziła do zmiany planów.
Alice to kobieta dominująca w tej książce. Początkowo ma się wrażenie, że to ona jest główną bohaterką, że to ona nadaje całości klimat i ster, ale jesteśmy, podobnie jak choćby biedny, odmieniony Silus, manewrowani przez tę niecofającą się przed niczym kobietę do poznania historii tak, jak ona chciałaby to widzieć. Nie wie jednak, że życie jest przewrotne i Ralph, kiedy odzyska zdrowie, zwiąże się z Marion, pokojówką, córką miejscowego poławiacza, ale — znów knowania Alice sprawiają, że los śmieje się drwiąco wszystkim w twarz, a Invercombe staje się miejscem zasiedlonym przez Ludzi-Cienie i ruiną swej dawnej świetlności. Autor śmiało szafuje wątkami, nagina historię do własnych potrzeb, pokazuje końcówkę ery wiktoriańskiej, przez edwardiańską, aż do wczesnych lat 20. XX wieku, ale wszystko w duchu steamowym, duchu świata równoległego, pełnego magii i dziwów.
Niektórzy zarzucają autorowi, że zamiast skupić się na rozwoju świata i technologii, skupił się na dziwacznej magii. Ale właśnie to jest w tym jego uniwersum niesamowite — magia, opierająca się na tajemniczym eterze, pozwalająca funkcjonować Cechom — organizacjom, na które podzielone jest społeczeństwo, wytwarzającym różne dobra — skomplikowana i dziwna, niezrozumiała, fascynująca, zmieniająca otoczenie. Dla mnie ten motyw magiczny był absolutnie fascynujący, więc kiedy już zagłębiłam się w świat Einfall — ahhh! Boru szumiący, toż to było miodne! To śledzenie losów tajemniczego Klade’a i obserwacja świata zza jego ramienia, próba zrozumienia wszystkiego z jego perspektywy jako mieszkańca Einfell... Kurde, no! To naprawdę była „Uczta wyobraźni”, bo autor dał nam niesamowicie bogaty, rozbudowany świat, który ulega przemianie. I choć motyw wojenny w trzeciej części książki wydawał się najmniej dopracowany, okazał się równie szczegółowy jak pierwsze dwie części i pokazywał nam świat alternatywnej I wojny światowej. Świat dziwny, wykrzywiony, niezrozumiały, ale jednocześnie całkiem znajomy i oczywisty, ale z drugiej strony... Tak, chyba na tym polega urok MacLeoda — autor operuje słowem i piórem, czaruje, tworzy świat tak alternatywny, że wręcz namacalny.
MacLeod udowodnił mi, że w świecie alternatywnym, trochę steamowym, trochę magicznym, porusza się z wdziękiem i talentem, z łatwością organizując tak niepokojące spiski mające na celu przejęcie i utrzymanie władzy, jak i dramaty szarych obywateli, którzy, chcąc nie chcąc, zostają wprowadzeni w spiski i knowania...
Podoba mi się budowanie postaci u autora. To nie są szare, papierowe i jednobarwne, płaskie literki na stronie, ale pełnokrwiste persony, które żyją, czują, myślą, oddychają. Alice to prawdziwa wiedźma w swoim działaniu, niecofająca się przed niczym. Pragnie władzy, potęgi i zdrowia syna, więc po trupach, dosłownie, do tego dąży i robi wszystko, by opóźnić cenę, jaką przyjdzie jej zapłacić. Ralph z chorowitego i wątłego chłopca powoli staje się wątpiącym we wszystko, ale pozwalającym sobą kierować młodzieńcem, który odkrywa uroki życia i miłość. Marion to cwana dziewczyna, która, kiedy ma szansę, dostrzega, w jakich warunkach żyje i chce zmian. Nie wie jednak, że te zmiany będą aż tak wielkie. Postacie poboczne, te, które dotknęło przekleństwo eteru, są odrealnione, specyficzne, ale fascynujące przez to, zaś zwykli mieszkańcy i postacie, które po prostu się przewijają, widać, że nie zostały zrobione z kilku literek, tylko faktycznie coś wnoszą w lekturę i dla bohaterów, zwłaszcza rodzina Marion.
„Dom burz” to alternatywna wyprawa do poprzedniego wieku, do świata pełnego magii i dziwnych urządzeń, podziałów i pragnień. A jednocześnie w tym wszystkim całkiem ciekawa analiza tego, co ludzie gotowi są poświęcić, by osiągać swe cele. Dobre tłumaczenie, z ledwie mikroskopijną ilością brakujących przecinków czy kropek, dodatkowo podnosi walory tej pozycji. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie jest książka dla każdego, bo nie każdy lubi takie motywy z dziwaczną magią, z alternatywnym światem przeszłym. Nie każdemu też przypadnie do gustu ten sposób pisania — trochę barokowy, pełen przepychu, z rodzaju tych ambitnych, wysokich, takich właśnie... dickensowskich. Ale kiedy się przełamie, kiedy się spróbuje, są tylko dwie opcje. Albo się zakochasz, albo odrzucisz od siebie, bo to „Uczta Wyobraźni” i to książki, które są trudne, specyficzne, fascynujące, cudowne i... no. Specyficzne.
Dla mnie „Dom burz” jest przykładem naprawdę dobrej fantastyki amerykańskiej, historii, która się broni, świata, który jest rzeczywisty. I pewnie jeszcze nie raz będę wracała do tej książki, choć nie jest to lektura prosta ani łatwa... Zadaje pytania o naturę człowieczeństwa, o to, jak daleko można się posunąć, ile oddać, co zrobić, by uratować najbliższych. A czy my, w naszych czasach, gotowi jesteśmy na te pytania...?
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz