wtorek, 6 stycznia 2026

3/2026 - Julia Quinn, Ślubny skandal. Brighertonowie #8

Gwiazdek: 2
AutorJulia Quinn
Tłumaczenie: Agnieszka Dębska
Redakcja/korekta: -
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data polskiego wydania: 2022
Data oryginalnego wydania: 2005
Cykl / seria: Bridgertonowie (tom 8)
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Stron: 440
Wersja: cyfrowa
Oprawa: -
ISBN: 9788382027143
Język: polski
Cena z okładki: - zł
Tytuł oryginalny: On the Way to the Wedding

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Zgredek dostał skarpetkę, Zgredek jest wolny! Choć nie wiem, czy krzyknęła autorka, tłumacz, korekta czy ja. W końcu, 8 tom Mostowiaków. I bogowie, czegoż tu nie było... Wróć! Wszystko było poza logiką. I pomysłem. I wykonaniem. I moją cierpliwością, bo jak do połowy jeszcze sobie mogłam heheszkować, że „oesu, zasnę”, tak im bliżej finału — i sam finał — to moje cierpienia przyniosły niektórym dawkę radochy, a później pytań, dlaczego sobie to robię. Odpowiedź brzmiała: TAK. Na szczęście, krótko po północy zakończyłam swe działania i teraz mogę spokojnie i z własnym sumieniem zabrać się za hałdę zagłady, która czeka na mnie od zdecydowanie długiego czasu. To co? Popatrzymy na cierpienia Gregorego i Lucy? Uwaga na nisko latające spojlery!

_________________________________________________________

Gregory to najmłodszy z braci, ale przedostatni z całego rodzeństwa. Lat 26, kawaler — w tym wieku dopiero poznaje, czym jest keks z dziewicą. Wow, no brawo. Ale do rzeczy. Nasz biedny najmłodszy z samczych Mostowiaków nie wie, co to miłość, dlatego kiedy na przyjęciu wydawanym przez jego szwagierkę Kate (tą z pierwszego tomu) widzi KARCZEK I POTYLICĘ pewnej blondynki — z miejsca strzała amora, zakochanie i umarł w butach. Na ratunek przychodzi mu Lucy, przyjaciółka Hermiony, która usilnie stara się mu pomóc w zdobyciu przyjaciółki. Oczywiście ze zdobywania nici, ale Gregory nagle uświadamia sobie, że jest zakochany w Lucy, Hermionę przyłapuje się na niedwuznacznej sytuacji z Robertem, bratem Lucy (i tu nagle mamy instant zakochanie...), po czym Lucy wyjeżdża, bo jej wuj chce ją widzieć. Oczywiście mamy złamane serce po absurdalnej scenie w oranżerii, potem Gregory znów spotyka Lucy i już wie, że jest zakochany, dlatego w noc przed jej ślubem zabiera jej dziewictwo w tak absurdalnie złej scenie keksu, że nie tylko ja cierpiałam. Potem mamy „rozdzierającą” firanki jak kocimi pazurkami scenę ślubu, na której Gregory mówi, że NIE WOLNO (takie You shall not pass, ale wersja Mostowiaków, więc Balrog jednak pass), ale do ślubu dochodzi, więc nasz heros wbija do domu swej ukochanej, porywa ją i przywiązuje do waterklozetu (najlepsze słowo z całej serii, chodzi o klozet), gdzie odnajduje ją jej wuj, którego nie szantażowano, ale to on jest szantażystą, bo chce wydać Lucy za geja, któremu jest wszystko jedno, byle spłodzić potomka, bo... nie chce swojego tytułu przekazywać swojemu kuzynowi. Wywiązuje się walka, w której nóż staje się nagle pistoletem, Gregory wygrywa, Lucy obiecuje eks świeżo poślubionemu gej-mężowi znalezienie nowej żony. A na koniec dowiadujemy się, że urodziła Gregoremu dziewiątkę dzieci, przy czym przy ósmym porodzie i bliźniętach miała już z sobą haft, bo przecież to taki pikuś. I kurtyna!

Jezu. Serio, to było najbardziej koszmarne, najbardziej głupie i najbardziej nijakie ponad 400 stron tekstu o niczym, z tak niedorzecznymi postaciami, zachowaniami i fabułą, że po prostu aż w szoku byłam, że tak się da. Autorka ciała dała po całości, widać było, że już kompletnie nie ma pomysłu na fabułę, więc nawet kalka z kalki od kalki nie działa. Fabuła jest naciągnięta jak gumka w kalesonach, a może nawet bardziej. Czego tu nie było. Zakochiwanie się w potylicy, macanki w oranżerii, gej, który ma na wszystko wylane, udawanie, że wszystko jest w porządku... chyba najbardziej jednak sam finał mnie rozbroił, ten waterklozet i wielkie wyjaśnienia wuja, co i jak. Nie, to już nawet nie naciągane kalesony były...

No nie, po prostu nie. W pełni zgadzam się ze stwierdzeniami, że autorka poszła tu po bandzie i po prostu odcinała kupony od sławy. Już wcześniejszy tom był słaby i naciągany, ale tu po prostu wszystko leżało i kwiczało i wyraźnie czuć, że „byle skończyć, byle mieć to za sobą”. Dlatego i ja w pełni odetchnęłam z ulgą, kiedy doszłam do ostatniej strony tego koszmarka. Nic się tu nie klei, od pomysłów autorki, przez przespanie redakcji z korektą masy błędów, aż po bohaterów, którzy są płascy jak papier toaletowy, w dodatku szary. Chyba największy ból mam już przy finale, od bitki w kościele. Tu autorka płynie fantazją i głupotą, zamieniając noże na pistolety, gorsety doszywając do sukni i robiąc z nich w erze regencyjnej stalowe klatki, oczywiście wspomniana już miłość na widok potylicy. No wszystko się tu trzymało wyłącznie na ślinę i modlitwę, a ja co chwila miałam zagwozdkę, co czytam i dlaczego (i nie, wcale nie ku radości Karczmy, która na moje cierpienia wyraźnie czekała z wytęsknieniem... WCALE, PRAWDA?), i moimi cierpieniami przebiłam nawet Muchomorka.

Tak, da się tak.

Chyba najbardziej rozbroił mnie przyszły-niedoszły poślubiony małżonek Lucy. Gość albo opiera się o drzwi, albo siedzi w fotelu z nogą luźno opartą o drugą i z flegmatyczną obojętnością, z uśmiechem, przygląda się każdej sytuacji, jakby czerpał z tego jakąś absurdalną podnietę, której nikt poza nim nie rozumie. A poza tym jest gejem, więc wiadomym jest, że nie raczy się ruszać zanadto, bo sobie ubranie pobrudzi, w odróżnieniu od jego ojca, który albo jest wkurzającym, natarczywym typem, albo plującym, pełnym podniety typem, który „w zamian za syna spłodzi Lucy potomka!”. A...ha?

No nic, kończmy waść, wstydu oszczędźmy. Postacie? Równie dobrze mogłoby ich nie być. Są napisane głupio, nijako i tak bez pomysłu, że początkująca nastoletnia autorka na Wattpadzie zrobi to lepiej. Gregory jest bardzo męski, dokucza Hiacyncie i jest zakochany najpierw w Hermionie, potem w Lucy. Lucy jest nijaka, przeciętna, ale później piękna. Żadna z postaci nie grzeszy inteligencją, żadna nie wyjawia choć skrawka pomyślunku. Spisek mający na celu ściągnięcie Lucy na bal u Mostowiaków jest tak naciągany, że to szok, zaś i tak najlepszy w swoim kretynizmie jest wuj naszej heroiny, który, jak przystało na klasycznego złola, w ostatnim akcie, zanim nie zostanie wygnany, wyjawia wszystkie swoje sekrety i pragnienia. Litości! Co chwila chciałam potrząsnąć kolejnymi postaciami i sprawdzić, czy ten orzeszek zawieszony na nitce trzymającej uszy zabrzęczy.

Ślubny skandal aka Mostowiakowie tom 8 — to absolutne marnotrawienie sobie czasu, zupełnie zbędny tom, który jest zapychaczem, którego nie ratuje absolutnie nic. Nic. Ani nazwisko autorki, ani kompletna olewka polskiego wydawnictwa, które najwyraźniej nie przyłożyło się do wyłapania błędów, aż po postacie, które najlepiej utopić w łyżce wody.

Jeśli ktoś chce sobie zmarnować życie, śmiało. Jedyna zabawna scena to przywiązanie Lucy do waterklozetu i tu parsknęłam, ale tak to prawdziwy festiwal potylicy... która schnie od środka. Nie. Nie polecam. A wręcz odradzam i powiem tylko to, że cieszę się, że skończyłam z tą serią. Na Hałdzie Zagłady mam o wiele lepsze i ciekawsze pozycje niż erotyczne wysrywy autorki, która zdecydowanie popłynęła...


A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz