Autor: Julia Quinn
Tłumaczenie: Katarzyna Krawczyk
Redakcja/korekta: -
Wydawnictwo: Zysk i S-kaData polskiego wydania: 2022
Data oryginalnego wydania: 2005
Cykl / seria: Bridgertonowie (tom 7)
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Stron: 440
Wersja: cyfrowa
Oprawa: -
ISBN: 9788383352558
Język: polski
Cena z okładki: - zł
Tytuł oryginalny: It's in His Kiss
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Mostowiakowie atakują! Na szczęście już przedostatnim tomem, więc widzę światełko w tunelu i nie, to nie jest pociąg. Chyba. W każdym bądź razie postanowiłam domęczyć się początkiem roku z finałowymi tomami i mieć to już z głowy. Tak, zasada: skończyć rozpoczęte cykle i zmniejszyć Hałdę Zagłady stały się moimi postanowieniami noworocznymi... Dlatego cierpię twardo. Siódmy tom to zdecydowanie mniej pieczenia keksu (w końcu!), a nieco więcej tajemnic (w tym jednej wybitnie głupiej), ale nie można mieć wszystkiego. Najwyraźniej i autorce pomysły się kończyły, za co powinnam być wdzięczna. To co? Do boju i miejmy to za sobą, co...?
_________________________________________________________
Siódmy tom to historia Hiacynty, najmłodszej z rodzeństwa, której nie jest śpieszno do zamążpójścia, mimo posiadania na karku magicznych 22 lat. Hiacynta Mosto.. Bridgerton to wedle socjety dziewczę szatańsko inteligentne, bystre i w dodatku przyjaźni się z pewną sarkastyczną starszą panią, która to jest przy okazji babcią dla niejakiego Garetha St. Claire. Gareth to mężczyzna pogardzony przez swego ojca, z widmem długów na horyzoncie. Jedyną dla biedaka nadzieją jest dziennik jego drugiej babki, stety albo nie, zapisany po włosku. Gareth więc szybko angażuje Hiacyntę do tłumaczenia, po czym oboje zaczynają poszukiwania tajemniczego skarbu Isabeli. W międzyczasie dochodzi do tytułowego pocałunku, ojciec Garetha stwierdza, że jego „potomek” nie ma jaj, by ożenić się z Hiacyntą, a przy okazji wyznać jej tajemnicę, że nie jest jego synem, i tak oto wplątujemy się w żałosną komedię pomyłek, w której obserwujemy, jak nasza Hiacynta zakochuje się w Garecie, pomaga mu szukać skarbu... który na końcu i tak znajduje ich córka, imienniczka babki Isabeli.
Wyraźnie, ale to wyraźnie, odczuwałam, że autorce skończyły się pomysły na kolejne przygody Mostowiaków, a powielanie schematów i robienie kalki z poprzednich wydarzeń jest już oczywistą oczywistością. Jest drętwo, płasko, nudno, a „błyskotliwość” naszej heroiny była na poziomie błysków wody z toalety. Nie, absolutnie nie kupuję tej historii, naciągniętej jak gumka w majtkach. Czegoż tu bowiem nie mamy! Mamy Garetha St. Claire, którego ojciec nienawidzi, bo... tak, bo nie jest jego synem. No logiczne jak cholera. Sekret jego pochodzenia zostaje zresztą rozwiązany przez Hiacyntę, która nie zna włoskiego aż tak dobrze, jak myślała, ale zna na tyle, by rozszyfrować pamiętnik jego babki. Facepalmy, jakie uprawiałam, słychać było chyba na drugim końcu miasta, a ja dziwię się, że moje czoło jeszcze nie jest nieco wklęsłe od ich ilości i siły, z jaką je wymierzałam. Hiacynta jest zaś tak błyskotliwa, że to wręcz skręcało od żenady. Nie, nie jest błyskotliwa, jest po prostu głupia.
Poziom żenady wzrastał również z przypisami przy każdym nowym rozdziale, w których to autorka informuje nas, co się będzie dziać. I po co, i na co? Ale chyba najbardziej żenującym był „sposób na zapewnienie sobie małżeństwa”. Scena pieczenia keksu była tu tak żałosna, tak źle napisana, że moje ciary żenady dostały ciary żenady. Sam pseudo romans, rozwijający się w trybie „na pstryknięcie”, też nie był ani ciekawy, ani zabawny. Zdecydowanie autorka nie miała pomysłu, jak rozwijać tę relację, co świetnie było widać choćby po „lekturze”, jaką Hiacynta czytała lady Danbury — naprawdę, musimy się męczyć i czytać takie kretynizmy? Po co, na co i dlaczego, to nie wiem, chyba tylko po to, żebyśmy my, jako czytelnicy, męczyli się wspólnie z autorką. Tak samo tajemnica, poszukiwanie klejnotów, cały wątek śledztwa jest napisany w taki sposób, że nijak się to nie broniło. Chowanie w szafie? Serio? Wątek poszukiwania, cała ta tajemnica zarówno pochodzenia, jak i klejnotów po prostu napisane były po łebkach.
Ja rozumiem, kwestia epoki, wychowania, podejścia, ale nawet jak na mój gust było to przesada. Zwyczajnie nie chciało mi się zupełnie wierzyć w to, jak prowadzone są postacie St. Clairów, jak zostali oni opisani przez Isabelę. No... nie.
Postacie są głupie jak but. Hiacynta jest kretynką, upartą i zapatrzoną w siebie i choć uważa się za kwiat geniuszu, wcale taka nie jest. Jest męcząca, nie umie myśleć, upiera się przy swoim, choć często jest to myślenie błędne. Gareth za to w ogóle nie umie używać mózgu, jego kłótnie z ojcem są na poziomie „na przekór mamie nie założę czapki i odmrożę sobie uszy!”. Każde starcie między panami St. Claire sprawiało, że głośno przewracałam oczami. Dałoby się to napisać inaczej, ale po co? Ważne, że w ogóle para do siebie ciągnie, że wedle autorki jest chemia, a że jej nie ma, to już szczegół, zupełnie nieistotny.
Podsumowując, „Magia pocałunku” jest romansem bez romansu, nudną, infantylną i wtórną historią Mostowiaków. Jeśli nie jest się fanem (albo jak ja, desperatem, który chce skończyć serię), to śmiało sobie można pominąć ten tom, który zupełnie niczego nie wnosi. Jest i tyle, poza tym historia jest przewidywalna i kompletnie mnie nie kupuje, dążąc do oczywistego, szczęśliwego zakończenia. Wyjaśnienie zaś, że klejnoty są i zostają schowane „na inne czasy”, zupełnie mnie nie kupiło. No ale. Czego ja oczekiwałam? Niczego i to dostałam.
Trzy gwiazdki tylko z litości. Bo to przedostatni tom i więcej nie wracam do tej serii. Dla miłośniczek romansów — może być, ale mnie nie porywa, nie zachwyca i po prostu jest czytadełkiem, które zapełnia wolne popołudnie. Ale czy warto? Możliwe, choć ciężko ocenić, Karczma tym razem nie miała szans patrzeć na moje cierpienia. Więc... Ocenę zostawię już wam...
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz