sobota, 31 stycznia 2026

7/2026 - Ed Greenwood, Jeff Grubb, Cormyr

Gwiazdek: 6
AutorEd Greenwood, Jeff Grubb
Tłumaczenie: Michał Klonowski
Redakcja/Korekta: Magdalena Zrąbkowska / brak danych
Wydawnictwo: ISA
Data polskiego wydania: 2001
Data oryginalnego wydania: 1996
Cykl / seria: Cormyr (tom 1) / Forgotten Realms
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 544
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 838737671X
Język: polski
Cena z okładki: 36,00 zł
Tytuł oryginalny: Cormyr


I znów siadamy do Forgotten Realms, znów śledzimy kolejne losy fantastycznej krainy, do której mam tak wielki sentyment. Tym razem na tapecie mamy jednak Cormyr, starożytną i potężną krainę, pierwotnie władaną przez elfy, a później przez królewski ród Obaskyrów. Czas więc prześledzić losy królestwa, poszpiegować spiskowców i zastanowić się, jak zastopować niepokoje, a wszystko to zostaje okraszone jeszcze dodatkowo smokami, zagrożeniami z Thay i tragicznym tłumaczeniem, które dosłownie co kilka zdań sprawiało, że odkładałam książkę i walczyłam sama z sobą, by dalej czytać. No ale dałam radę, hurra... To co? Idziecie króciutko dziś pocierpieć ze mną?

_________________________________________________________

Król Azoun podczas polowania w lasach Cormyru trafia na zastawioną nań pułapkę — i zostaje śmiertelnie ranny. Wraz z nim ranni zostają dwaj jego przyjaciele oraz wielkie osobistości cormyrskie i choć natychmiast zostaje sprowadzony królewski mag oraz rozpoczęto leczenie, wszystko wskazuje na to, że tron będzie zagrożony. Sępy już zaczynają się zlatywać, kruki szarpią jeszcze ciepłe ciała w nadziei na co smaczniejsze ochłapy. W Leśnym Królestwie spiski zaczynają się mnożyć i narastać jeden na drugim i już nikt nie może być pewien, kto jest bezpieczny. Królewski mag Vangerdahast ogłasza swe prawo do bycia regentem tronu, jedna królewna znika bez wieści w głębi kraju, a druga wydaje się zbyt zapatrzona w swego lubego, by dostrzegać prawdę, jaka kryje się za tym wszystkim... Jednocześnie zaś śledzimy losy królestwa od początku, od jego założenia, kiedy pierwszy z Obaskyrów pojawił się na tej ziemi i uzyskał elfią przychylność. Poznajemy też sekret magów, twardo stojących przy tronie i ślubujących koronie i królestwu, a nie kolejnym władcom, swą wierność. Ale nie tylko oni — smoki, czerwone, błękitne, zielone i ten najważniejszy, symbol kraju, purpurowy — też mają udział w tej historii...

Książkę czyta się ogólnie naprawdę przyjemnie, akcja nie spowalnia, nie dłuży się, mamy idealnie wyważone elementy przygody, spiskowania i knowań, a jednocześnie obserwujemy kilkunastu bohaterów tej powieści, którzy za wszelką cenę chcą ocalić tron Cormyru. Ale za jaką cenę? Przyznaję, że wszystkie spiski, tajemnice, knowania — to było coś, co naprawdę świetnie się czyta, co śledzi się z uwagą. Mamy pościgi, skradania, pojedynki magiczne... czyli wszystko to, co klasycznie występuje w porządnym RPG albo powieści fantasy. Ciekawi bohaterowie, nietuzinkowe zadania... ale wszystko to jest po prostu krótkie, poszarpane przeszłością. Trochę było to takie... dziwne, przeplatane nieco za bardzo, poszarpane — niektóre historie z przeszłości chętniej bym bowiem poznała, inne były mało interesujące.

Sama historia Cormyru jest naprawdę ciekawa i interesująco przeplatały się tu różne wątki przeszłe i aktualne. Podobało mi się, że autorzy — zarówno Ed Greenwood, jak i Jeff Grubb, czyli ojcowie marki D&D — trzymali się wyraźnie ustalonych zasad świata, często wspominali konkretne regiony świata, które są fanom doskonale znane, i pojawia się tu wiele smaczków fabularnych. Wszystko to naprawdę dobrze gra, dobrze działa, tak samo jak — o dziwo — dobrze działają tu elementy erotyki, choć raczej sugerujące tego typu działania, niż faktycznie mówiące wprost, co i jak. O taką fantastykę to ja nic nie robiłam!

O postaciach nie będę się rozpisywać — jest ich tu straszne ilości, to fakt — i powiem tylko tyle, że kobiety albo opisane są jako słabe i delikatne, albo wiecznie knujące, zaś mężczyźni... tak, to zdecydowanie wciąż era męskich mężczyzn, podbijających kolejne damskie serca i będących odważnymi, silnymi i męskimi ;) Także zostawię wyjątkowo ten temat po prostu na zasadzie: niektórych chciałam trzepnąć w ucho, innych zdzielić spojrzeniem „ale no serio, wy tak...”. I tyle.

Za to mam potworny żal do tłumaczenia i korekty/redakcji — ale już przywykłam, że część książek wydawanych przez ISĘ w tamtych czasach była... słaba. Dlatego niejednokrotnie dostawałam straszliwymi kwiatkami w twarz. Były peleryny i sutanny, które same się ruszają, oczy, które wędrują po ciałach wrogim spojrzeniem, albo inne, bardzo... hm, niefortunne określenia, które sprawiały, że albo cofałam się do początku zdania/akapitu, by zrozumieć, co tłumacz miał na myśli, albo przez chwilę wpatrywałam się w ścianę i dumałam: CO TU SIĘ ODJANIEPAWLA? Ale to... moje zboczenie, może akurat dla kogoś będzie fajnym smaczkiem?

Być może jednak było to powodowane zmęczeniem materiału — ten miesiąc wybitnie mnie przeorał po żużlu gołą pupcią, dopilnował, żebym osiwiała nieco bardziej, i w ogóle. No nie polecam. Nie i basta.

W całokształcie „Cormyr” czytało się fajnie i dobrze było zanurzyć się w klasyczny świat lochów i smoków, gdzie magia jest potężna, bohaterowie dzielni, a damy... mdleją ;) Dzieje się dużo, dzieje się fajnie, są smoki, są zdrady i spiski, więc... dla miłośników klasycznych fantasy i D&D to lektura zdecydowanie obowiązkowa!


A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz