poniedziałek, 20 lipca 2026

59/100 - Julie Anne Long, Miłość niezwyciężona

Gwiazdek: 1
AutorJulie Anne Long
Tłumaczenie: Aleksandra Januszewska
Redakcja/korekta: - / Alicja Jedynak, Hanna Lachowska
Wydawnictwo: Amber
Data polskiego wydania: 2017
Data oryginalnego wydania: 2015
Cykl / seria: Romans Historyczny [Amber]
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Stron: 336
Wersja: papierowa
Oprawa: miękka
ISBN: 9788324163915
Język: polski
Cena z okładki: 39,80 zł
Tytuł oryginalny: The Legend of Lyon Redmond

Kliknij, by wrócić do strony głównej

O litości! O łaski! O czegokolwiek, byle więcej nie czytać tak kretyńskich książek! Ja nie wiem, za jakie grzechy, jaką karę, po co, na co i dlaczego. Nie, po prostu nie. Liczyłam na lekkie (i kretyńskie) romansidełko, które trochę mi odświezy lektury, jakie aktualnie na tapecie posiadam i przerabiam, padło więc na "romans historyczny", który mętnie pamiętałam sprzed X lat. Nie wiem, co mi się w nim wówczas poobało wystarczająco, że dałam temu koszmarkowi więcej, niż 2 gwiazdki, widać, błędy młodości. Nudna, słaba i strasznie sztampowa historia, która sposóbem prowadzenia narracji mocno trącała mi tak lubianymi współcześnie historiami z czata GPT. Albo ja się nie nadaję już na książki w stylu Mostowiaków...? 

_________________________________________________________

Olivia Eversea i Lyon Redmond - to para, o której opowiada ta książka. Ona piękna, nieszczęśliwa, w związku z wicehrabią, którego niedługo ma poślubić, ale jednak nie, bo kocha Lyona, awanturnika, który zniknął pewnego dnia i złamał jej serce. Lyon oczywiście, jest nieustraszonym piratem, który magicznie dowiaduje się o slubie swojej ukochanej, więc dawaj, robi wszystko, by na to nie pozwolić. Zwaśnione rody, Romeo i Julia wersja pisana na nowo, bla bla bla. Gdzieś to już czytałam. Nieszczęśliwa miłość, porwanie, zerwane zaręczyny, zwaśnione rody, a na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie, a potomkowie mają słwanych przodków. Litości...

To nie jest zła książka, tylko po prostu źle napisana. Nudna, słaba i bez polotu, z absurdalnie pociągniętą fabułą - teraźniejszość i teraźniejszość przeplatają się z sobą, dla części czytelników będąc oczywistością, a dla części po prostu nudnym dodatkiem. Nic, absolutnie nic mnie tu nie porwało. Absurd goni absurd, głupota goni głupotę. Miniaturka oddana komuś innemu? łamiemy serce. Rękawiczki oddane innej? łamiemy serce. Porwanie pod pretekstem wyjazdu przed ślubem? jesteśmy kwitnącą panną młodą. Już nie wspominając o każdej kolejnej decyzji bohaterów, gdzie była po kolei głupsza od poprzedniej. Wątek piratów, walki z niewolnictwem wydawał się być bonusowo tylko dla zasady, i nie służył niczemu, poza tym, by być. 

Nie wiem, co mnie drażniło w tej powieści bardziej. Kretynizm bohaterów, ich zachowanie, czy sposób prowadzenia fabuły, który wybitnie pasował mi bardziej do chata GPT, niż porządnie napisanej książki. Nie wspominając już o sztucznym napompowaniu czcionką i pojedynczymi zdaniami od nowego akapitu. Czytało mi się po prostu bardzo źle. No po prostu kpina. Ale chyba najbardziej drażniły mnie same postacie. Olivia to kretynka, która uparcie próbuje pokazać światu, że jej ostatnie dwie komórki walczą o trzecie miejsce w mózgu. Lyon nie jest tu lepszy, a spotkania ich obojga przypominają spotkania dzieci z przedszkola - rozkapryszone, roszczeniowe, zauroczone sobą wzajemnie, ale jednocześnie zachowujące się w sposób "co powie tata". Strasznie to było irytujące. 

Miałam wrażenie, że to takie Mostowiaku ale wersja wygładzona. A, jak wiemy wszyscy, ja z Mostowiakami (Brighertonami) mam relację bardzo niechętną, wynudziłam się na nich jak mops, więc teraz wszystkie romansidła historyczne dziejące się w czasach regencji czy nawet XIX i początkach XX wieku, gdzie wszystko jest na jedno kopyto - to nie są pozycje dla mnie.

Książka jest po prostu słaba. Słaba, słabo napisana, słabo przemyślania, a pani Long absolutnie mnie nie porwała. Wręcz przeciwnie, jestem znudzona, zmęczona, i mam szczerze dosyć "romansów" na naprawdę długi czas. Nijako, nudno i słabo. Dodajmy do tego nijakie zakończenie i przeskok do współczesności... no nie. To ja chyba zostanę przy swoich aktualnych literackich wyborach, a Hałdę Zagłady będe musiała poinstruować o tym, że jak chce, bym zasypiała nad książką - to śmiało niech podsuwa mi kolejne takie potworki...

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz