środa, 13 maja 2026

35/2026 - Jennifer Roberson, Pieśń o Homanie

Gwiazdek: 5

Autor: Jennifer Roberson
Tłumaczenie: Marcin Łakomski
Redakcja/korekta: Teo Kominiarczuk
Wydawnictwo: Amber
Data polskiego wydania: 1996 (data przybliżona)
Data oryginalnego wydania: 
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka, lakierowana
ISBN: 8371690444
Cena z okładki: 168 000 zł (kto mi powie, jaka to współcześnie cena? :D)
Tytuł oryginalny: Song of Homana  

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Wracamy do świata "Kronik Cheysuli", do tego dziwnego, okładkowego potworka, który nijak nie chce współpracować z treścią, i dostajemy... Hm. Dostajemy trochę nostalgii, trochę sentymentu, trochę śmiesznego fantasy trącającego mocno myszką, i starzejącego się bardzo brzydko, ale w tym wszystkim takiego uczciwie klasycznego. Nie było źle, ale było przewidywalnie, bezpiecznie i z kilkoma oczekiwanymi nieoczekiwanie zwrotami akcji. Znów krótko, ale mamy to!

_________________________________________________________

"Po pięciu latach wygnania książę Carillon, prawowity dziedzic królestwa Homany, wraca do ojczyzny. Ma zamiar wyzwolić swój naród spod jarzma tyrana - samozwańczego króla Bellama - i odzyskać Tron Lwa. Musi nie tylko zmierzyć się z wojskową potęgą i magiczną mocą przeciwnika, ale również zwalczyć przesądy i uprzedzenia swoich rodaków wobec prastarej rasy Cheysuli. Okazuje się, że przeznaczeniem Carillona jest spełnienie Proroctwa, które na zawsze pogodzi zwaśnione królestwa i rasy." - tyle nam powiedziała okładka, i... no. Szaleństwo. Powiem tak, początkowo nawet się to ładnie zgrywało, faktycznie, mieliśmy powrót króla (nomen omen) do Homany, ukrywanie się, skradanie, obozowiska w lesie, a w tym wszystkim towarzyszył księciu Finn, z którym połączyły go więzy przyjaźni i bycia wasalem. Do tej dwójki dołącza bard Lachlan, no i oczywiście, kobiety. Taaak, bo bez nich byłoby nudno ;) 

Na nieco ponad trzystu stronach autorka zmieściła naprawdę sporo - od poworotu i pokazania, że postacie się zmieniły i to sporo, przez walkę o przetrwanie i swoje, aż do walk i spisków, które wciąż rozbijają się o Homanę i tytułową o nią pieśń. Jednak to wciąż książka przesiąknięta klimatem lat 80tych, tamtejszym światem fantasy, w którym dobro jest dobrem, zło jest wzorowanym na azjatyckich mistrzach złolem z mysim porno-wąsikiem. I bawiłam się momentami dobrze, ale... 

Książkę czytało się szybko, choć trąca ona "starością" - nie w sensie wieku, ale sposobu pisania. To fantastyka sprzed lat, w której wyraźnie czuć nutkę trochę innego spojrzenia na świat. Z dzisiejszego punktu widzenia, ta powieść jest po prostu... śmieszna. Opisy walk, postacie, przygody - to wszystko przypomina mi nieco kontrastowanie starego, dobrego "Conana" (wersję filmową, albo nawet Kulla - kto oglądał, ten wie) z.... "Aquamanem" choćby. Niby film to film, ale wyraźnie widać różnice między sposobem montażu, efektami specjalnymi... I tak samo było z tą pozycją. Często nad kolejnymi stronami po prostu się uśmiechałam, wiedząc, że pewne kwestie, nawet, jeśli pamiętamy, że to fantastyka - nie są możliwe. Nie i kropka. Po prostu, uśmiech dzieciaka lat 80tych i 90tych, który zrozumie pewne kwestie, a jakie, dla młodszego czytelnika, nie są zrozumiałe. I tak, dostrzegam też tu problem z tłumaczeniem, ale to akurat - jak u Ambera, klasyka. 

Postacie są ciekawe, choć proste. Carillon przechodzi długą drogę, chcąc pogodzić obie rasy, Finn zaś, z upartego sulskiego wojownika, zakochanego w szwagierce - staje się wyciszony i pewnym swego mężczyzną. Przyznać muszę, że pokazanie drogi, jaką obaj przechodzą, choć widzianą tylko jednymi oczyma, jest całkiem interesującym doświadczeniem. Do tego dodajmy cyniczne komentarze lirów... tak, zdecydowanie, to było to! Ale za to wkurzały mnie kobiece postacie - zarówno Electra jak i Tourmaline, a nawet Alix byly po prostu durne jak buty, i pełniły rolę zapychacza dla kolejnych wydarzeń. No to akurat było słabe i wkurzało, i nawet plot twisty, jakie zostawały wprowadzone, nie ratowały specjalnie całości.

Ale w całokształcie? Powiem szczerze, że ten tom zdecydowanie był lepszy od poprzednika, bo działo się wiele, choć wiadomo, trzeba być fanem fantastyki sprzed lat. Współczesne dzieciaki, które wyrosły na nieco innym stylu pisarskim, pewnie nie będą zadowolone, nie przypadnie im do gustu ta pozycja. Bo przecież, to coś innego, nowego... albo starego, zależy, jak spojrzeć. Nie mniej, ja osobiście polecam, bo seria o Cheysuli zdecydowanie mnie zaintrygowała i wciągnęła na nowo w ich magiczny, niezwykły świat. Co prawda, momentami musiałam przymknąć oko. Albo oboje oczu. Albo wciągnąć w płuca powietrze, żeby zastanowić się nad tym, czy czytam o Conanie czy o suli, ale... ogólnie, bawiłam się całkiem dobrze. Ot, co.



A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz