poniedziałek, 28 września 2026

86/2026 - Steven Erikson, Męty końca śmiechu. Niezależna opowieść o Bauchelanie i Korbalu Broachu

Gwiazdek: 6
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Mag
Data polskiego wydania: 2008
Data oryginalnego wydania: 2007
Cykl / seria: Opowieści o Bauchelainie i Korbalu Broachu (tom 3)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 149
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788374800945
Język: polski
Cena z okładki: 15 zł
Tytuł oryginalny: Lees of laughter's end
Projekt 0 TBR: TAK

Kliknij, by wrócić do strony głównej

No i stało się, nadeszła ta chwila, w której przyszło mi czytać króciutkie, ale to wręcz absurdalnie króciutkie opowiadanko z uniwersum Malazańskiej Księgi Umarłych. Serio, gdyby nie wielkie litery, to ta książeczka byłby spokojnie o połowę cieńsza... Mniejsza. Śledzimy tu niezależną przygodę Bauchelaina i Korbala Broacha, oraz lokaja tego pierwszego, Emancipora Reese'a. Cała trójka zostaje zamknięta na pokładzie "Słonecznego Loku", ale kiedy trasa statku przecina się z Końcem Śmiechu, zamiast odpoczywać i łowić rekiny, cała trójka przekonuje się, że statek wcale nie jest taki spokojny, jakby można sądzić... Morska gawęda szalonego i kompletnie pijanego marynarza - nie oczekujcie tu logiki, sensu istnienia, czy tłumaczeń, dlaczego co i po co, czyli mamy Eriksona w najlepszym wydaniu i w bardzo krótkiej formie...!

_________________________________________________________

Dwóch nekromantów i lokaj wsiedli na przeklęty statek... - tak chyba powinien zaczynać się ten mało śmieszny żart, jakim są "Męty Końca Śmiechu", bo do śmiechu tu wiele nie jest. Raczej to groza w stylu "Opowieści z Krypty" czy coś podobnego, ale do brzegu! "Słoneczny Lok" płynie śmiało po wyznaczonej trasie, ale nie wszystko jest równie przyjemne, jak nazwa tegoż statku. Pod pokładem czai się jakaś niewysłowiona groza, która straszy załogę, Bena Starsza przemawia szaleńczo do swej córki, Beny Młodszej, a obcięte ucho to tylko początek szalonego koszmaru, który miał swoje początki w Twierdzy Myta... po drodze polujemy na rekiny, spotykamy się z nieumarłymi, pijemy krwawe wino i ogólnie, możemy rozważyć, czemu połowa załogi ma tak samo na imię, i czy jest kobietą czy mężczyzną...

Ja nie wiem, co ja przeczytałam. Szaloną, pijacką opowieść? Chyba tak, bo ilość absurdów rosła do sześcianu z każda kolejną stroną... Jasne, ja już dawno przywykłam, ze Erikson jeńców nie bierze, i albo czytelniku sobie radzisz sam, albo to nie dla ciebie. I tak właśnie mamy tutaj - nie mamy jeńców, tylko od razu odcinamy uszy, mordujemy albo działamy krwawo i brutalnie, bo na statku, który miał spokojnie pokonać trasę z punktu A do B nagle zaczynają dziać się bardzo niepokojące rzeczy. A kiedy do tego wszystkiego pojawia się nieumarły... pokład zdecydowanie ucieka spod nóg i szaleństwo rozpoczyna się na dobre.

Ta króciusieńka nowelka nie wprowadza wiele w świat Malazanu, wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że po prostu istnieje w tym uniwersum, i tyle. Są Groty, są bogowie, jest wspomnienie Karmazynowej Gwardii, ale jeśli ktoś nie zna świata Malazanu, nie tylko szybko się pogubi, ale i ucieknie mu połowa smaczków. Ba! żeby tylko połowa, po prostu straci frajdę z czytania. Osobiście bawiłam się przednio, i naprawdę nie rozumiem, dlaczego ta pozycja tyle lat przeleżała na moich regałach, a ja jej nie ruszyłam... Bawiłam się naprawdę rewelacyjnie i moje skojarzenia z "opowieściami z krypty" są naprawdę mocno uzasadnione - opis czy to nieumarłego, cyz pupilka Korbala... Dodajmy do tego jeszcze szczątkowe, wręcz fragmentaryczne odczucia załogi - i mamy przepis na katastrofę, której nie przewidziała pani kapitan kompletnie nie znająca się na kierowaniu statkami... 

Czy polecę "Męty" dalej? Tak, ale... no właśnie. ALE. Jeśli ktoś nie czytał niczego pióra Eriksona, może skutecznie się odbić, bez względu na to, że ilość stron jest szalona, a czcionka potężna. Sama łapałam się na tym, że musiałam się cofać, czytać jeszcze raz kolejny akapit. To nie jest lekka i łatwa lektura, jednak warto po nią sięgnąc, bo daje niesamowitą satysfakcję. Do tego kilka razy szczerze parsknęłam. 

Zdecydowanie to opowiadanie dla fanów. Nie dowiemy się tu wiele o bohaterach, ba! są oni ledwie zarysowani, dlatego nawet nie ma co o nich mówić. Ale satysfakcja jest niesamowita. Zdecydowanie, warto!

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz