sobota, 7 lutego 2026

10/2026 - Drew Karpyshyn, Wrota Baldura II: Tron Bhaala

Gwiazdek: 3
AutorDrew Karpyshyn
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Wydawnictwo: ISA
Data polskiego wydania: 2002
Data oryginalnego wydania: 2001
Cykl / seria: Wrota Baldura (tom 3) / Forgotten Realms
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 256
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 8388916610
Język: polski
Cena z okładki: 18,00 zł
Tytuł oryginalny: Baldur's Gate II Throne of Bhaal


Drodzy państwo, czas skończyć tę farsę zwaną „Wrotami Baldura” w wersji książkowej i po prostu przyznać się przed sobą, że jestem sadystyczną masochistką. I to można wyjaśnić bardzo prosto, choćby faktem, że katowałam się tymi trzema tomami jeden za drugim, nie czekając na oklaski. Skatowałam się i chyba na kilka dni muszę zrobić sobie solidny detoks, bo — na litość boską — co to była za jazda bez trzymanki! I choć — dziękujmy bogom — autor się zmienił i zdecydowanie podniósł poziom, to z kiepskiej fabuły poprzednich tomów złotego garnczka się nie ulepi i mamy, co mamy. Abdel abdeluje abdelująco, bo abdelować abdelem Abdel musi, Jaheira i Imoen są głupie jak but, a ostateczna bitwa, znana wszystkim fanom gry… Och, jelonku słodki, co z jeżykiem w amarenie brzoskwiniowej pływasz, daj mi cierpliwość, nie siłę. Krótko.

_________________________________________________________

Po wygranej bitwie, powrocie do życia i wielu rozterkach natury „zabić się czy nie zabić, czytelniku”, Abdel ma rozterki związane z faktem, że… nie został uznany za bohatera! Helloł, w końcu zabił Sarevoka, udaremnił plany Irenicusa i w ogóle — och, ach — uratował Drzewo Życia. No wszyscy wiwatujmy! A tu dupa i nie ma wiwatów. Co więcej, cała trójka (Abdel, Imoen i Jaheira) znajduje się w jakimś lesie gdzieś w Tethyrze… przepraszam, lesie Tethyr, bo znów tłumaczenie z korektą odwala jakieś dziwne pomysły i albo nie odmienia nazw własnych, albo odmienia je w sposób koszmarny (Amnejczycy! Amnejczycy to tu mieszkańcy Amn!).

Abdel trafia do Pustki, gdzie w końcu spotyka swojego brata, ulega namowom, wskrzesza go, po czym wplątuje się w spisek Piątki, czyli wybranych Dzieci Bhaala, które pod wodzą Wybranej przez Bhaala doprowadzą do wskrzeszenia samego Bhaala. A ponieważ nie wolno nam zapomnieć, że Abdel to syn Bhaala, to co chwila widzimy, jak robi z siebie „prawdziwego” dziedzica Boga Mordu. Do Sardusz wchodzimy więc kanałami, bo niejaka Melissan nas oczekuje (tak, tego imienia się nie odmienia w tej książce! Bhaal zabronił!), mamy „epicką walkę” z Yaga-Shurą i ogólnie — Abdel działa, jak działa.

Na koniec wszyscy giną, on traci swoje „boskie” umiejętności i wraca do Candlekeep.

Zmienił się autor. I wszystkim bogom dziękować, że tak się stało, bo Drew Karpyshyn z trudem, ale jednak uczynił niemożliwe i poprawił nieco samą końcówkę. I choć wiadomo powszechnie, że z kiepskiej fabuły nie zrobi się niczego wybitnego, starał się choć trochę naprawić pewne… bzdury. Cóż. Gdyby od początku on pisał tę trylogię, pewnie wiele rzeczy nie brzmiałoby tak źle, tak papierowo i tak głupio. Momentami nawet udawało mu się zachować coś z dodatku do BGII, ale były to tylko przebłyski. Niestety, mimo współpracy z osobami pracującymi nad grą, finał trylogii jest znów przegadany, pełen absurdów i nielogiczności. Postacie obrywają w ramię, ale to jednak przedramię, a może bark? Żaden problem. Zaklęcia zawsze się udają, drowy mają skórę barwy spalonego jesionu, zło jest złe, a dobro dobre.

Na litość boską, ja wiem, że autor chciał zachować ciągłość postaci z poprzednich tomów, ale na litość boską — nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. To pozycja nijaka, miałka, pełna klisz i zupełnie nieprzemawiających do mnie bohaterów. I choć autor bardzo stara się robić dobrą minę do złej gry, pokazywać, że jednak grał w grę, całości zabrakło od początku polotu, pomysłu i spójnej wizji. Zwłaszcza że Baldur’s Gate jako gra miało przepotężny scenariusz i masę rozbudowanych opcji… szkoda tylko, że autor pokazywał to dopiero pod koniec tomu.

Gra "Wrota Baldura" to potężny materiał na książkę. Sama gra oferuje dziesiątki możliwości i wyborów, każda postać wnosi coś nowego i choć idziemy wyznaczoną przez twórców ścieżką, to jednak… no, czegoś mi tu zabrakło. Na przykład duszy. Szczerości wobec fanów uniwersum. Mam wrażenie, że cała trylogia to mocno wybrakowany produkt, wypuszczony bez głębszej refleksji nad jakością, a dziś najchętniej wszyscy udawaliby, że go nie było. Bohaterom wszystko przychodziło zbyt łatwo, zbyt prosto i zbyt szybko, przeciwnicy byli kompletnymi idiotami, jakby ktoś bał się zdradzić z fabuły gry zbyt wiele, a część wątków zwyczajnie pominięto. I to straszliwie boli.

W całokształcie Tron Bhaala jest chyba najjaśniejszym punktem całej trylogii. W miarę przemyślany, dość logicznie prowadzony, wciąga czytelnika i przybliża losy Dzieci Bhaala (choć prolog był praktycznie zbędny i do niczego nie prowadził), więc jako finał — było w porządku. Szkoda tylko, że dopiero jako finał. Znów jednak w Isie kuleje korekta i miejscami tłumaczenie: zdania są koślawe, dziwaczne, a odmiana przez przypadki to jakiś wyższy rodzaj czarnej magii. Są wpadki, są literówki, są określenia, które sprawiały, że wychodziłam z siebie i stawałam okoniem, ale… to chyba już urok książek wydawanych 20–30 lat temu. Albo się z tym pogodzimy, albo zostaną nam już tylko współczesne potworki.

Osobiście nie będę polecać tej trylogii i chętnie wypchnęłabym ją z pamięci. Czytajcie na własną odpowiedzialność, a dla fanów gry i całego uniwersum… tak, to może być bardzo bolesne spotkanie z fabułą....

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz