sobota, 7 lutego 2026

9/2026 - Philip Athans, Wrota Baldura II. Cienie Amn

Gwiazdek: 2
AutorPhilip Athans
Tłumaczenie: Piotr Kucharski
Wydawnictwo: ISA
Data polskiego wydania: 2000
Data oryginalnego wydania: 2000
Cykl / seria: Wrota Baldura (tom 2) / Forgotten Realms
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 288
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 8387376221
Język: polski
Cena z okładki: 20,00 zł
Tytuł oryginalny: Shadows of Amn


Fakt, że nie rzucałam tą książką po 100 stronach, zawdzięczam tylko temu, że w przychodni, kiedy byłam u lekarza, było za mało ludzi, a korytarz za długi. Zwyczajnie gryzłam się po rękach (musiało to chyba zabawnie wyglądać, bo jakiś pan i dwie starsze panie rzucali mi bardzo uważne spojrzenia), żeby nie wyć na temat głupot, jakie tu padały, albo by nie robić klasycznych facepalmów. Choć może akurat to wyszło mi na dobre, bo czoło i tak mam nazbyt wydatne (muszę sobie znów grzywkę obciąć) i po prostu byłoby jeszcze wydatniejsze. No... to tego. Jeśli znacie fabułę BG II: Cieni Amn i oczekujecie, że ta pozycja choć trochę spełni wasze oczekiwania względem książek, to albo jesteście złotymi dziećmi naiwności, albo w życiu nie czytaliście książek pisanych na podstawie gry. Bowiem co miało tu pójść nie tak — poszło. I to w sposób piekielny, dosłownie. I to na tyle piekielny, że sam Szatan chyba uznał, że on jest od orgii i metalu, i z tym koszmarkiem nie ma nic wspólnego... Krótko i w cierpieniu.

_________________________________________________________

Zacznijmy więc od początku. Czyli Abdel jest Abdelem i abdeluje abdelowo, bo abdeling abdelujący jest abdeljnym abdelingiem. Znaczy, przez jakieś pięćdziesiąt stron na początek biega sobie goły jak święty turecki, macha swoją Berlinką do świata i tym samym kusi Bodhi do bycia karmidełkiem i kochankiem. Przy okazji poznaje Yoshimo, który jest enigmatyczny jak spinacz, i Minsca wraz z Kosmicznym Pomniejszonym Planarnym Chomikiem zwanym Boo — gdzie bierze Minsca za wariata, w dodatku nasz wielkolud jest rudy. Tak, ma rudy gąszcz na głowie. Poza tym, z innych wieści, Jaheira zostaje porwana, zmacana i umieszczona w domu wariatów, gdzie brat (!) Bodhi, Irenicus, też jest. Poznajemy Imoen, która nie ma swoich charakterystycznych, różowych włosów, i... czy ja mam mówić dalej, czy już wiecie, jak bardzo ZŁE to było i jak bardzo NIE TRZYMAŁO SIĘ kompletnie fabuły mojej ukochanej gry?

„Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.” Klasyczny, ukochany tekst, wypowiadany charakterystycznym głosem pana Piotra Fronczewskiego, do dziś jest w moim serduszku. Więc o jak płakałam rzewnymi łzami na tej części, jak bardzo chciałam skręcić łeb autorowi... wiem tylko ja.

Bogowie, czego ja tu nie dostałam. Rudy Minsc był chyba tylko wierzchołkiem góry lodowej absurdów i kompletnej nieznajomości gry — zupełnie, jakby autor dostał tylko ogólne skojarzenia z najbardziej kultowej gry, a potem na podstawie tychże miał napisać książkową wersję. Dosłownie z każdą kolejną stroną, którą pokonywałam z wysiłkiem iście heroicznym, zastanawiałam się, czy autor w ogóle choć przeczytał scenariusz gry, czy choć wie, co i jak. Postacie, które w tym uniwersum urosły wszak do rangi kultowych i są rozpoznawalne tylko po kilku określeniach, nagle są skretyniałe, głupie i kompletnie nie pasują do opisu. Dodatkowo fabuła to jakieś mokre sny nastolatka, który wie, że gdzieś coś dzwoni, ale w którym kościele — nie ma szans. Jak sobie przypomnę, jak nasz heroiczny Abdel abdeluje, bo abdelowanie jest abdelowe, to mi słabo. Jego „romans” z Bodhi jest absurdalny i po prostu nie ma najmniejszego sensu, sama wampirzyca też nie ma tu sensu i logiki. Polowanie na słynnego zabójcę i scenka, w której panienka się pojawia, było tak głupie, że rozważałam DNF. A im dalej w las, tym więcej głupotek.

To nie tak, że ta książka jest zła, słaba czy głupia — bo jest. Jest po prostu napisana naprawdę koszmarnie i nie pomaga tu w niczym fakt, że tłumaczenie się zmieniło, że wyraźnie widać, iż tłumacz starał się choć troszkę zmienić tę koszmarną narrację w coś mądrzejszego (tu wszelka cześć i chwała dla Piotra!). Nie zmienia to faktu, że po prostu pozycja jest zła i autor udowodnił, jak bardzo NIE ZNA lore (świata, o którym zresztą szerzej też piszę w tym poście). Mamy tu wszystko nie tak, jak być powinno: od opisów postaci, przez frakcje, które są nijakie — choćby Złodzieje Cienia, kompletnie ich nie kupowałam — a kończąc na opisach sytuacji i tego, co znam z gier na wylot i jak własną kieszeń.

Postacie dalej są tak złe i słabe jak wcześniej. Abdel jest herosem o wyglądzie Herkulesa i Apolla w jednym, ale nadal mózg zamienił na fistaszka, reszta bohaterów nie ma nawet tego. Co gorsza, Jaheira w tym tomie jest jeszcze bardziej drażniąca niż była w grze, a to już doprawdy wielki sukces! Zrobienie z Minsca wariata, który ma rudą czuprynę i jest wikidajłą w knajpie, to też spory sukces. Jako jedyny chyba wydawał się ogarnięty Yoshimo, ale to dlatego, że po prostu od zawsze go nie lubiłam :D A Bodhi? Na litość boską, twórcy Bodhi chyba się piersią prawą przeżegnali, jak poznali jej losy w tym tomie! No absurd gonił absurd.

Mam duży problem też z faktem, że książka mi się w dłoniach zaczęła po prostu rozwalać. Grzbiet się połamał, kartki chciały uciekać — no, widać, że czasy wydawania odcisnęły swe piętno i 26 lat nie przysłużyło się tej pozycji. Zdecydowanie lepiej wypada tu tłumaczenie, ale wciąż — nie broni się ono specjalnie, bo domyślam się, że skoro tak źle wypadła polska wersja językowa, to oryginał był jeszcze bardziej tragiczny. Mamy tu od groma absurdalnych porównań i opisów, które po prostu sprawiały, że wyłam w duszy na kolejne cuda i dziwy. Ale to już wiemy. Autor po prostu strzelał sobie w stopę, a tu tłumaczenie próbowało cokolwiek ratować, choć nie było czego.

„Wrota Baldura II: Cienie Amn” nie są książką złą. Są książką wybitnie tragiczną, słabą i po prostu rozczarowującą — nie tylko w fakcie, że autor zupełnie popłynął ze swoją fantazją, ale i z racji nieznajomości lore i klasyki. Momentami miałam nawet wrażenie, że nie zna nawet systemu. I nie, to nie jest „rozwinięcie gry”, tylko napisanie na nowo własnego, mokrego snu. Na szczęście pozycja ma mniej niż 300 stron, więc czytało się to dość krótko (4 dni, ironio, miałam dość). Niestety, słaba pozycja zostaje słabą pozycją i nic z tym nie zrobimy.

Czy mimo to uniwersum FR zostaje w moim serduszku? A i owszem. Ale nie autor. I na szczęście trzecia część, czyli ta opisująca wydarzenia z dodatku „Tron Bhaala”, napisana była przez kogoś innego. Ale czy to znaczy, że lepiej...? Cóż. Przekonamy się!


A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz