wtorek, 24 lutego 2026

15/2026 - Patricia Briggs, Ślad dymu

Gwiazdek: 4
AutorPatricia Briggs
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Redakcja/korekta: Agnieszka Pawlikowska/Magdalena Byrska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data polskiego wydania: 16 lipca 2021
Data oryginalnego wydania: 10 marca 2020
Cykl / seria: Mercedes Thompson (tom 12)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 421
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788379646500
Język: polski
Cena z okładki: 44,90 zł
Tytuł oryginalny: Smoke Bitten

Kliknij, by wrócić do strony głównej

Oh, deer. Znów mam bardzo niezrozumiałe i bardzo dziwne akcje w tym tomie - i choć dzieje się sporo, to zarówno i oryginał, jak i tłumaczenie (a z nim redakcja i korekta) są po prostu koszmarne. Błędów, literówek i głupot mamy tu co niemiara, i choć miło jest znów widzieć, że wracamy do mitologii, że znów trochę się nią autorka bawi, to... "Ślad dymu" staje się znów jedną z takich trochę głupotą łączoną z pornotazy. Niestety, obserwuję straszny zjazd serii, przegadanie tematu, a problemy, z którymi wataha ma się mierzyć są... no. Są - po prostu. Ot, tło, by zachwycać się Adamem, jego oczami, posturą, figurą, rozpaczać, że nie ma z nim keksu, potem keks jest, a problemy magicznie się rozwiązują same. Merysuizm na pełnej! Zapraszam do marudzenia.

_________________________________________________________

Od kiedy Podgórze wypuściła Aidena, nawet nie ukrywa, że za nim tęskni, dlatego... postanawia stworzyć sobie drzwi do swojej krainy na podwórku Hauptmanów. A przy okazji wypuszcza ze swego wnętrza istotę, która będzie robić masę problemów, bo hej, chaos jest super! A że te problemy są... zającem, który jest szarakiem, ale jest gryzoniem, ale jest szarakiem - który gryzie jak popadnie. Mamy do tego Wulfe'a, z jego dziwnym zachowaniem i przyznaniem się do bycia stalkerem, i problemem z Adamem, bo Adam nie chce z Mercy uprawiać keksu (no straszne), a na domiar złego, do Tri-Cities wbija obca wataha, która chce sobie przejąć władzę nad miastem. i watahą. Mercy biedna znów zostaje wbita w sam środek problemów, musi rozwiązać wszystko sama, staranować napastnika, który porywa dziecko, wylądować w szpitalu, uratować wszystkich i rozwiązać zagadkę dymowej istoty, która gryzie i opętuje wszystkich. A na koniec musi ogarnąć swoją więź partnerską z Adamem, bo przecież Adam się od niej odsunął, a wiadomo, że jak nie pokeksuje, to jest zestresowanym smalcem gamma i nie promieniuje już super-seksowną dupką i całe stado źle się czuje. A na to Mercy nie może pozwolić, więc łączy kropki lepiej niż Colombo, Kojak i Poirot w jednym, przez 3/4 książki użala się nad sobą, by w ostatnich, finałowych rozdziałach założyć strój Merysójki i stać się heroiną, której nikt nie oczekiwał, ale wszyscy wiedzieli, że nią będzie. Keksuje się z Adamem, rozwiązuje zagadkę dymowej istoty i pokonuje problem z nowym stadem oraz własną więzią partnerską, hurra, niech nam żyje Merysó... Mercy Thompson!

Czy ja właśnie złośliwie ograłam sobie fabułę "Śladu dymu"? I owszem, i nie żałuję, bo i tak wiedziałam, że po prostu będę rozczarowana. Już po pierwszych rozdziałach wiedziałam, że zamiast skoncentrować się na faktycznych problemach - Wulfie, który "przeraża Mercy" tak bardzo, że aż źle, czy rozwiązać sobie problem z obcą watahą, której przewodniczy jeszcze większy problem, Mercy goni za zającem, widzi duchy, które pojawiają się tylko na chwilę, i znikają, nie wnosząc wiele w fabułę i... no. Autorka rzuca nam problemy i sytuacje, ale zupełnie ich nie ciągnie dalej, nie próbuje rozwiązać, wychodząc z założenia, że "córka Kojota" przyciąga chaos. Strasznie mnie to irytowało, bo mamy zaznaczone problemy, ale zamiast je rozwiązać - o co, lepiej gadać. I gadać. I gadać. I gadać. I mówiłam, że gadać? A jeszcze warto zamknąć wszystkie wilkołak i ich rodziny w domu Hauptmanów, i wmawiać czytelnikowi, że przecież to dla dobra wilkołaków, mimo iż wiadomo, że wilkołaki chcą być w ruchu. I jak rozumiem problem związany z dymowym potworem, tak rozwiązanie tego problemu wydawało mi się... kretyńskie. Płaszczyk kapitan Merysójki Mercy nosi ewidentnie z dumą i śmiałością, a z każdym tomem trudniej jest rozróżnić, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga.

Dodajmy do tego fakt, że co chwila Mercy jest pobita, posianiaczona, połamana - niepotrzebne można wykreślić, ale w każdym tomie co najmniej raz nasza bohaterka musi zostać skrzywdzona fizycznie przez innych, a tom bez podbitego oka wydaje się o, po prostu, żadnym. Tak samo mam już nadmiar wspominania o tym, jaki Adam jest super i seksowny i w ogóle, ile razy na dzień (albo noc) mogą się kochać, i że dzięki niemu Mercy przestała być cnotką. Jeśli początkowo wspomnienia, jacy to są zakochani w sobie i jak bardzo keks im wychodzi super, jeszcze mogłabym zrozumieć, tak tu... No za dużo tego. Po prostu za dużo. Po prostu mi to przeszkadzało, tak samo jak traktowane po macoszemu problemy (Elizawieta, Wulf, chaos w stadzie). Po co skupiać się na problemach, po co jakoś je rozwijać, skoro można po prostu olać? Albo uznać, że są i tyle. Zresztą samo rozwiązanie problemów, czy z dymowym potworem, czy Elizawietą było... głupie, nie wspominając już o zakończeniu akcji z obcą watahą.

Postacie są coraz bardziej płaskie, coraz bardziej jednowymiarowe - pojawiają się tylko po to, by na ich tle pokazać Mercy jako tą mądrzejszą, sprytniejszą, albo, żeby Mercy mogła rozwiązać problem. Poza tym jest tu za dużo gadania i domniemywania. No... nie. Styl pani Briggs mocno leci w dół.

No i wisienka na torcie. Tłumaczenie, redakcja i korekta - o litości, mojego wrzasku na to, co tu było, to chyba wszyscy mieli dosyć. Począwszy od potężnej ilości literówek - rozumiem, jedna, czy dwie, ale nie co najmniej trzydzieści! Przez słowa czy nawet całe zdania, które brzmiały... źle. Przykłady? Proszę bardzo, mam zapisane! "dzikich zlotych oczach pozostało jedynie kilka ciemnych plamek. Przypominały kawałki czekolady rozpuszczające się w maśle", albo potwór zaciska zęby na szyi naszej antagonistki, ale tam jest srebrna obręcz, więc co? potwór "ZASKUCZAŁ" - cokolwiek to znaczy. "Rumpelsztyk" jako imię antagonisty (boshe, jak ja tego polskiego imienia nienawidzę, Rumpelstiltskin powinno być!), "szkło niebieszczyło się błękitem oczu", "Nie trącało to striptizem, a drapieżna intensywność, z jaką to robił, zachwyciła moje oczy, serce i resztę organów.", "Ręka na pośladku uniosła mnie. Oplotłam go nogami, kiedy szedł ze mną w stronę łóżka. Nagle jednak zmienił kierunek i położył mnie na stoliku." i moja prywatna wisienka na torcie: odmiana "złoli" przez dziwaczne przypadki, dzięki czemu dostajemy "złosi". Czym są "złosie"? Było jeszcze więcej różnych i absurdalnych, bardzo... frywolnych określeń, ale na litość boską, ile można? Niestety, ale pod tym względem wydawnictwo się bardzo nie popisało, nie pierwszy raz zresztą. 

Niestety, ale im dalej w las, tym wiecej drzew. Do mniej więcej, "Zamętu nocy" jeszcze było dobrze, seria trzymała solidny poziom i bawiłam się świetnie, ale z każdym kolejnym tomem widzę tendencję spadkową. Autorka chyba uznała, że skoro świetnie sprzedają się pornotyki z elementem fantasy, to ona też musi. Wpływa to na fabułę, która staje się przewidywalna, oczywista i zupełnie bez zaskoczeń czy fajerwerków. Szkoda. Bardzo szkoda. 

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz