Gwiazdek: 5
Autor: Patricia Briggs
Tłumaczenie: Dominika SchimscheinerRedakcja:Korekta: Karolina Kacprzak/Agnieszka Pawlikowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data polskiego wydania: 02 października 2020
Data oryginalnego wydania: 05 marca 2019
Cykl / seria: Mercedes Thompson (tom 11)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 432
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788379645909
Kliknij, by wrócić do strony głównej
_________________________________________________________
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data polskiego wydania: 02 października 2020
Data oryginalnego wydania: 05 marca 2019
Cykl / seria: Mercedes Thompson (tom 11)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 432
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788379645909
Język: polski
Cena z okładki: 44,90 zł
Tytuł oryginalny: Storm Cursed
Cena z okładki: 44,90 zł
Tytuł oryginalny: Storm Cursed
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Po naprawdę bardzo słabej, europejskiej części, wskoczyliśmy w coś zdecydowanie lepszego... ale tylko przez chwilę. Jak się bawiłam momentami naprawdę przyjemnie i ta część Mercy była w końcu mroczna, niepokojąca i zdecydowanie bardzo... magiczna, a przynajmniej niepokojąca. Do czasu. Do czasu, kiedy wydawnictwo postanowiło mi udowodnić, że literówki są niczym niezwykłym, cytaty nie potrzebują wyjaśnień, skąd pochodzą, a tłumaczenia z języka niemieckiego? Można dać na sam koniec (!) książki i olać czytelnika, zakładając, że albo niemiecki zna, albo da sobie spokój z próbą przeczytania umlautów. Gdzieś w połowie przyjemność wyparowała, a zostało wkurzenie: na wydawnictwo, na tłumaczkę, na korektę i redakcję (te "kręcze szyi" albo "niemiecki to elficki") to mnie będą prześladować pewnie jeszcze długo. Na szczęście, serię planuję wykończyć najszybciej, jak się da, i do Fabryki nie wracać przez dłuższy czas. Uda się? Zobaczymy. Póki co, zapraszam, bo koniec miesiąca w końcu mi odpuszcza!
_________________________________________________________
Mercy wróciła z Europy, przeżyła pobyt w szpitalu, który był długi i dziwny, doszła do wniosku, że nie lubi tamtejszych prochów, i wiedzie znów szczęśliwe posuwisto-zwrotne życie u boku Adama. Przynajmniej do czasu, bo choć mamy tu pryszniców i seksu naprawdę sporo, na szczęście, pojawiają się inne sprawy. Najpierw goblin-nie-zabójca, później zombie kózki miniaturki, a na koniec jeszcze spotkanie między władzami a Szarymi Panami, które to nie podoba się pewnym wiedźmom, więc jest jeszcze więcej zombie, jest atak nad dom Elizawiety, jeszcze więcej zombie (ale już nie kózek miniaturek, które najwyżej nabiją ci siniaka), i ogólnie, dużo wiedźm i zombie. Okazjonalnie jest smocze dziecko, wampiry, i jeszcze więcej zombie, i jeszcze więcej czarnej magii. Ogólnie, mamy tu od groma czarnej magii i absurdów, które nawet mnie pokonały... ale hej, to Mercy, więc wszystko się udaje, Kojot czuwa, i ogólnie, mamy keks na zgodę i zapytanie o potomka (logiczne, nie?).
Jak. Mnie. Ten. Tom. Wkurzał! Ale to poważnie, miałam wrażenie, że jak początek był świetnym odbiciem od dna poprzedniego tomu i pozbyciem się tych wszystkich wkurzających jeszcze, praskich naleciałości, i będziemy mieć tu naprawdę fajne akcje, tak... autorka chyba poszła po rozum do głowy, że przecież świetnym pomysłem jest romantazy i zaczyna nam powoli tu to serwować. Mamy więcej keksu, jak trzeba, mamy krótkie akcje, mamy w cholerę przegadania. I jak pierwsze akcje — goblin, miniaturowe kózki-zombie... super działały, tak im dalej w las, tym więcej drzew. Miałam wrażenie, że wszystko się rozmywa, gubi i traci, autorka pomysłu nie ma, więc od czasu do czasu wrzuca nam scenę keksu, albo to, że w domu Hauptmanów jest dużo wilkołaków, a wiedźmy są niebezpieczne, i w ogóle, to wiedźmy i pilnujemy, bo wiedźmy, a Adam z watahą znika, a to mamy zamach i głupią śmierć, która wyjaśniona jest debilnie, bo wiedźmy i super spotkanie Przedwiecznych z władzami kraju...
Mam wrażenie, że gdzieś w tym wszystkim znika duch powieści, która była, a pojawia się byle szybciej, byle więcej. Tracimy czas, znika nam pojęcie dni i nocy, wszystko dzieje się "na raz", większa część fabuły jest przegadana, a kiedy trzeba działać - zachowania są kretyńskie i brane z pompki. Mercy zaczyna zachowywać się niczym Merysójka, której zawsze wszystko super się udaje, a jak nie, to kilka dni w szpitalu i jest znów super. Tak samo wątek ze Śmiercią, którą wymieniono w blurbie, czy Elizawietą... no po prostu, było to zrobione na szybko, na już, na teraz, głupio i nijako. Strasznie na chybcika. Ale chyba najbardziej wkurzał mnie sam watek wiedźm - przegadany, przegadany i przegadany, a jak przyszło co do czego, pyk i już? No i jedna z ciekawszych postaci potraktowana tak... jak śmieć. No, autorka się nie popisała pomysłem, jak to ogarnąć, ograć całą scenę, by miała dramat, siłę i przekaz. Po prostu... była. Kurtyna.
Postacie są jednowymiarowe, płaskie, mają odgórnie przypisane role. Wulfe jest szalony, Elizawieta niepokojąca, Mercy cudowna, Adam seksowny. A reszta stada? Nawet biedny Sherwood potraktowany jest absurdalnie i wyjaśnienia jego sekretów są mocno naciągane i z dupki, bo nasza marysójka przecież wszystko ogarnie...
Koszmarną też stroną tej pozycji, ale to już nie pierwszy raz są błędy, literówki, absurdalnie złożone zdania czy całe akapity, które wymuszały na mnie czytanie jeszcze raz. Korekta z redakcją, rozumiem, spały? nie tylko na literówkach, których jest tu całkiem sporo, ale też na kretyńskich zdaniach, jak choćby "kręcie szyi", który wymieniałam wcześniej albo "Chyba nie zdołałabym rady ich dotykać." - co to ma być!? Co to za zdanie!? Tak samo jak porównanie niemieckiego do elfickiego. Cholera jasna, tłumaczko z redaktorką i korektorką, skoro mówi to SENATOR USA, to chyba nie jest debilem? Dobra, wiem, włada pomarańczka, ale bez przesady, można było wymyślić coś mądrzejszego. Tak samo, strasznie drażniły mnie cytaty — bez podania autora, utworu... serio, mam sobie googlować i szukać, ska dany cytat pochodzi? A ci "autorzy amerykańskiej klasyki" to też, przypadkowe nazwiska? Serio, tak wiele trudu kosztowałoby dodanie gwiazdki i przypis tłumacza? Nie wspominając już o niemieckich wstawkach. Krótkie określenia, jak "Liebling" czy "Ja" - nie ma problemu, nie potrzebują, ale są całe wierszyki, które dopiero NA SAM KONIEC są wyjaśnione, ale do tej części czytelnik musi dojść sam. Bo się nawet wam nie chciało gwiazdki z przypisem walnąć, by tam zerknąć. WSTYD! Strasznie mnie to wkurzało, żadnych wyjaśnień, żadnych odnośników, "mercy z Szekspira" - szukaj se wiatru w polu! No... Słabo. Bardzo słabo!
No niestety, ten tom, choć mroczny i w dwóch scenach (Peter i kociak) grają nieco na emocjach, nie jest wybitny. Jest... miałko przeciętny, słaby, a jedna z moich ukochanych serii, po latach bycia na piedestale, spada. Zwłaszcza że robię re-read, bo ostatnich dwóch tomów w ogóle nie czytałam, i chcę sobie wszystko odświeżyć i przypomnieć. I przypomina to kąpiel w domestosie, gdzie zarówno wydawnictwo nie dba o czytelnika (tak, będę wypominać, jak FS stwierdziła, że nie wykupi na nowo praw do poprzednich tomów, więc brakujące tomy sobie czytelniku, kupuj z drugiej ręki, bo FS nic to nie obchodzi!), ma gdzieś błędy, jakie powstawały i głupoty językowe, jakie poszły w świat, ale też autorka zdecydowanie ma czytelnika światowego za kretyna z Ameryki, bo nie tylko musi przypominać wszystko, co i jak i dlaczego i na co, ale też traktować połowę scen jak głupie, amerykańskie slapstiki.
Przede mną trzy tomy. Wciąż liczę, że będzie ok, ale... niestety. Obawiam się, że lepiej nie będzie.
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz