piątek, 5 czerwca 2026

45/2026 - Ava Reid, Lady Makbet

Gwiazdek:
 2
AutorAva Reid
Tłumaczenie: Anna Kłosiewicz
Redakcja/korekta: ?
Wydawnictwo: StoryLight
Data polskiego wydania: 25 września 2024
Data oryginalnego wydania: ?
Cykl / seria: -
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 392
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788368053128
Język: polski
Cena z okładki: ? zł
Tytuł oryginalny: Lady Macbeth

Kliknij, by wrócić do strony głównej

"Znakomita"! "Urzekająca"! Takie oto z okładki okrzyki innych autorek widzimy. "Ona jeszcze tego nie wie, ale już wkrótce odkryje prawdę..." tłuściutko na blurbie widnieje - i cholera jasna, powinnam była wiedzieć, że nie tylko główna bo(c)hatyrka odkryje bolesną prawdę, czytelnik też zderzy się z drzwiami obrotowymi wychodzącej wciąż logiki. Nie wiem, mój feminizm kończy się z chwilą, kiedy trzeba lodówkę wtargać na trzecie piętro, albo iść na przodek w kopalni - sama zmienię żarówkę i papier toaletowy, ba! feministycznie nawet potrafię gniazdo naprawić. I to tyle. Autorka zaś, jak próbowano nam to wmówić, zamiast "feministycznego" dała iście "szowinistyczny" pokaz tego, jak koncertowo można spieprzyć reteling, bardzo, ale to bardzo luźno opierając się na klasycznym dramacie szekspirowskim. I tak oto z mrocznej, niepokojącej i bodaj najbardziej fascynującej swoim studium zła dostajemy owieczkę, która usiłuje grać wilka. Dlaczego? No dlaczego!? Krótko, bo DNF wjechał aż miło.

_________________________________________________________

Roscille, siedemnastoletnia córka francuskiego króla ma zostać o żoną o wiele starszego od siebie Makbeta. Czemu? Bo ją wiedźmy przeklęły i dlatego ma nosić welon zasłaniający oczy! Oczywiście, jej spojrzenie przeklina tylko mężczyzn, którzy na dworze jej ojca goszczą, są zabawni, elokwentni i w ogóle, ocha ach, a w Szkocji wszyscy są ponurzy i milczący i się nad biedną Roscille znęcają, i noszą kilty. A do tego znęcając się, biją, gwałcą, znęcają się, biją, gwałcą, znęcają się... Normalnie "Opowieść podręcznej" wersja XIwieczna Szkocja! Do tego nasza bohaterka jest nijaka, miałka i po prostu... jest. Stara się być silna i niezależna, ALE ci straszni mężczyźni jej w tym przeszkadzają. Dlatego próbuje być silna i niezależna inaczej, i normalnie, co chwila miałam ochotę wręczyć jej wibrator z hasłem: masz, ulżyj sobie, poczujesz się lepiej. Taki snikers, tylko wersja kobieca, cholera. 

Powiem tak: dobiłam do 120 stron i miałam dość. Te dwie gwiazdki dałam tylko za wydanie, której jest naprawdę ładne, ale nic poza tym. Nadmiar powszechnie wychwalanego "feminizmu" wręcz wylewał się z kartek, ale w sposób tak obrzydliwy, że nie raz i nie dwa książką po prostu rzuciłam. Dodajmy do tego GENIALNĄ narrację trzeciosobową, ALE w czasie teraźniejszym... Jezu, czego tu nie było. A raczej, co tu było, bo było wszystko - od kretynizmu po głupotę, od absurdu, po zapytanie "po cholerę ja właśnie to czytam!?", a wszystko to okraszone "twardom i niezależnom bochaterkom", której wyraźnie w zyciu nie wyszło. Ale hej, kobieta ma być od pasa w górę kobietą, a od pasa w dół tylko głądkimi, wężowymi ruchami... 

Ava Reid zamiast stworzyć historię mocną, mroczną, pełną napięć, pokazującą, jak młoda dziewczyna staje się zła i zepsuta, dążąca do władzy, daje popis tego, jak koncertowo pisać młodzieżówkę. Biedna, zahukana bohaterka niczym ta owieczka w stadzie wilków, beczy i beczy i końca nie widać, nie ma przy niej nikogo dobrego, mąż ją bije, i w ogóle, ma się nie interesować niczym. Dodajmy do tego jeszcze wmawianie czytelnikowi, że w XI wieku kobiety mają welonem przykrywać oczy - pomijam, że 17letnia bohaterka byłaby już całkiem dojrzałą matką w tamtych realiach i nie, nie zakrywałaby sobie oczu, tylko włosy. A, i jeszcze mamy kilty. Tak, kilty, takie jak współcześnie, tylko sporranów brakuje (kilty jakie znamy pojawiają się ox XVI wieku...), i mamy przepis na "udowodnij mi, że nie umiesz w riserch, nie mówiąc mi o tym". Dodajmy do tego zachowanie kretynki i oto mamy koncertowy przykład, dla którego autorka absolutnie wylatuje z mojego kręgu zainteresowań jej twórczością. 

Jedyny plus - to klimatycznie oddane chlodne okolice szkockich Highlands, ale to wszystko. Poza tym, absolutnie nie kupuję tu niczego i nikogo. Dawka historycznym nazw i imion nie wystarcza, by oddać szekspirowskiego ducha, a naiwne głoszenie, że to "reteling" to takie wytarcie sobie ust bzdurą. Nie, nie, i raz jeszcze nie. Nie kupuję, nie kupię i nie będę kupować. 

Postacie? A to dowcip, a to my tu w ogóle mamy postacie, czy wydmuszki? Nijakie, płaskie, pozbawione czegokolwiek, niemalże nastoletnie w myśli, mowie i uczynku. Uczucia? Albo choć przemoc? No jest, ale opisana płasko, że wręcz możemy uwierzyć w to, ze postacie zostały zaprojektowane jako wydmuszki. No nie, nie wierzyła w to, dlaczego tak się zachowują, co robią i jak. Pomijając, że ta cała narracja była po prostu koszmarna. Do tego powtarzanie, non stop, jak dana postać wygląda, albo jak się zachowuje - w którymś momencie po prostu wywracałam oczami na to, jak lady Makbet drży przed mężem, bo on jest taki straszny, a za chwilę wbija włócznię w cudze trzewia, bo tak. Logiko, gdzie jesteś i dlaczego cię tu nie ma?

Tłumaczenie też nie szalało. Ostrożnie, zachowawczo, w posób zupełnie nie oddający niczego, poza tym, że "mamy słówka na papierze". Dialogi sztywne, reakcje postaci nijakie. Narracja straszna, fabuła miałka i bez polotu. Zamiast retelingu z punktu widzenia kobiety dostajemy fantazję seksualną o XI wieku z masą bzdur i głupot. Gdzie moralność, gdzie pragnienie władzy, gdzie cokolwiek, co mogłoby ratować tą książkę? No właśnie... gdzieś. I to dosłownie. Tej pozycji nie ratuje dosłownie nic, i zupełnie nie rozumiem zachwytów - bo ich tu nie ma. Książka jest słaba, miałka, nijaka i bzdurna. Może, gdybym była nastolatką, by mi się to podobało (pamiętam, że mając te naście lat byłam "bardzo feministycznie" nastawiona do świata, potem dorosłam), ale teraz po prostu kolejne akapity wzbudzały we mnie uśmiech politowania.

Cóż. Książka kompletnie nie jest warta czasu, a jeśli ktoś szuka w niej czegoś dobrego... to tylko brzegi są ładne. Bo jakościowo szału nie ma... A szkoda. Liczyłam na coś więcej, a dostałam trociny i miałkość. Duże oczekiwania zderzyły się z grubymi kartkami, dużym drukiem i głupotą. Ehhh. Po prostu, dowód mam na to, że nie ma co ufać blurbom! ;)

A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz