Tłumaczenie: Katarzyna Przybyś
Wydawnictwo: Amber
Data polskiego wydania: 1999
Data oryginalnego wydania: 1998
Cykl / seria: Jeźdźcy smoków z Pern (tom 14)
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 381
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 8372450366
Język: polski
Cena z okładki: 19,99 zł
Tytuł oryginalny: The Masterharper of Pern
Kliknij, by wrócić do strony głównej
_________________________________________________________
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)
Cena z okładki: 19,99 zł
Tytuł oryginalny: The Masterharper of Pern
Kliknij, by wrócić do strony głównej
I czas znów przysiąść do Pern, jak do starego znajomego, wychylić kieliszek bendeńskiego i... tym razem, dla odmiany, posłuchać o bodajże najsłynniejszym z perneńczyków, samym mistrzu Robintonie. Jakie miał życie, zanim poznaliśmy Lessę, kim był i jak osiągnął to wszystko, co osiągnął? O tym właśnie opowiada "Mistrz Harfiarzy z Pern", słodko-gorzka, miejscami wzruszająca, a miescami spokojna historia, w której chyba każdy fan smoków, Pernu, i klasycznej nuty sf w fantastyce znajdzie coś dla siebie. Znajdziemy tu wszystko - i zdradę i pościgi i knowania... ale też świetnie przeplatające się wątki z poprzednich tomów, które, niczym warstwy w dobrze skomponowanym torcie (tak, torcie, nie utworze), przenikają się wzajemnie. Zapraszam, krótko, bo upał morderca.
_________________________________________________________
Petiron, Mistrz Kompozycji i Mercelan, genialna śpiewaczka, która jako jedyna może śpiewać jego utwory, tworzą parę idealną. Do momentu jednak, kiedy ciężki poród zagraża życiu Mercelan - od tego czasu zakochany w niej Petrion nie zauważa Robintona, i traktuje jak powietrze, skupiony na komponowaniu muzyki. A chłopiec, dorastając w Cechu Harfiarzy, jako potomek dwójki genialnych muzyków, bardzo szybko przejawia swój geniusz. Śledzimy więc czasy od jego narodzin, przez naukę w Cechu, okres dojrzewania i zaprzyjaźnienie się z F'lonem z Bendenu aż po małzeństwo i osobistą tragedię, które kształtowały doskonale znaną nam postać z kart innych powieści. Dzięki lekturze tego tomu możemy też obserwować inne spojrzenie na Faxa, i to, jak przyczynił się do rozwiązania jego problemu sam Robinton...
Lubię "Pern". To fantasy w nie takim klasycznym wydaniu magii i miecza - mamy tu smoki, ale technologia przypomina bardzo nasz świat, prosty i zwykły, targany dobrze nam znanymi problemami, kłopotami i sytuacjami. Spojrzenie też na to, jak ukształtował się Mistrz Harfiarzy, którego znamy z innych tomów jako uroczego starszego pana, ze słabością do bendeńskiego - a tu możemy śledzić jego życie aż do momentu poznania Lessy, i pamiętnej sceny z wheyrem-stróżem. Tak, ten tom zdecydowanie należy do tych całkiem spokojnych (jak na standardy Pern) historii, ale wiele wnoszących w świat, który w końcu tak lubię. Choć przy okazji sprawdzania, okazało się... że ominęłam jeden tom w kolejności, więc pewnie za jakiś czas cofniemy się do 11 tomu (ten jest 14, przypominam), i poczytamy sobie o "wszystkich weyach"... i kto wie, może rozwiązamy zagadkę opuszczonego weyru...?
McCaffrey nie bała się sięgać i pokazywać skomplikowanych relacji międzyludzkich, choć przyznać muszę, nieco, mam wrażenie, spłyciła i tak już płytką (nomen omen) relację Roba z jego ojcem. Petrion, genialny kompozytor, który tworzy skomplikowane i trudne partytury, które tylko nieliczni mogą śpiewać, jest tak skupiony na swej pracy, że nie zauważa, jak jego synek dorasta, uczy się, i staje się pod jego bokiem równie genialnym, jeśli nie genialniejszym muzykiem? No proszę ja was. Trochę za to bawiła mnie relacja Roba z jego matką, kobietą łagodną i kochaną przez wszystkich, a jednocześnie delikatną i chroniącą syna za wszelką cenę, nie potrafiącą powiedzieć mężowi do słuchu. Trochę to było... naiwne.
A jak o naiwności mowa, to też trochę naiwnym były niektóre momenty w książce, jak choćby wątek z Faxem, i to mnie bolało. Potraktowano go tu w tym tomie bardzo naiwnie, bardzo łagodnie, i choć wiem, że inne tomy opowiedziały tą historię zupełnie inaczej, ale trochę to drażniło. Drażniła też naiwność samego Robintona w świat i to, że wszystko da się naprawić cierpliwością. Trochę dziwny był wątek małżeństwa i przeżywanej żałoby, jak też i wątek "pogodzenia" się z ojcem, ale nie mnie to oceniać.
Postacie? Da się je lubić, są rzeczywiste i prawdziwe, mają swoje mocne i słabe strony, choć Robinton za bardzo stara się wszystkich ugładzać i sprowadzać do wora "kochajmy się wszyscy". To irytowało, za to fajnie kontrastował z nim F'lon, smoczy jeździec, który był impulsywny, gwałtowny i skupiony na dobrze weyru. Drażniły postacuie kobiece - miałam wrażenie, że wszystkie w tym tomie były na jedno kopyto, ciche, posłuszne, miłe, dobre i łagodne. Takie mamałygi. Brrr.
Trafiło się kilka literówek i potknięć logicznych w tłumaczeniu, ale w porównaniu ze współczesnymi koszmarkami - to prawie nic. Książkę czyta się szybko, dobrze, i naprawdę warto sięgnąc po Pern. Wiem, powielam się, mówię to nie raz, ale uniwersum wykreowane przez McCaffrey jest bogate, oryginalne i zdecydowanie warte poznania. To zupełnie coś innego, niż współczesne koszmarki, a co więcej, Pern zdaje się nam świetnie udowadniać, że fantasy moglo wspaniale czerpać z obu nurtów: fantastyki i SF, przeplatając się, uzupełniając i tworząc uniwersa, które zostają w literaturze klasykami, których... często nie zauważamy. Albo zapominamy, że są. Dlatego bierzcie i czytajcie na nowo Pern, bo to jest uniwerum warte poznania. I kochania. I są smoki! ;)
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz