Autor: Frank Schätzing
Data polskiego wydania: 01 stycznia 2006
Data oryginalnego wydania: 01 stycznia 205
Cykl / seria:
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 952
Wersja: papierowa, z biblioteki
Oprawa: miękka
ISBN: 9788327158826
Język: polski
Cena z okładki: 59,90 zł
Tytuł oryginalny: Der Schwarm
Kliknij, by wrócić do strony głównej
Czasami podczas wizyty w bibliotece można zupełnym
przypadkiem trafić na ciekawą pozycję. Tak było w tym wypadku, kiedy mój wzrok
przyciągnął tytuł „Odwet oceanu”. Szybka lektura tylnego opisu sprawiła, że
moje zainteresowanie zdecydowanie wzrosło. Eko-thriller, gdzie ocean bierze
odwet na ludziach za to, że go trują różnymi paskudztwami? To brzmiało
zaskakująco ciekawe, a dodatkowo objętość książki (niemal 1000 stron)
obiecywała sporą dawkę interesującej rozrywki. No i na całe szczęście się nie
zawiodłem.
Akcja rozpoczyna się dosyć niewinnie, od wyprawy
rybackiej u wybrzeży Peru. I to nie jakiegoś trawlera czy innego kutra, a
tradycyjnej „caballitos de totora”, czyli jednoosobowej łódki, czy raczej
wydłużonej tratwy wykonanej z trzciny. Obserwujemy podróż rybaka, jednocześnie
dostając opisy tego, jak nowoczesne metody połowu oraz galopujący rozwój
turystyki nadmorskiej zabijają stare tradycje i solidnie przetrzebiają zasoby
rybne w okolicy. Jak łatwo się domyślić, wspomniany rybak staje się pierwszą
ofiarą tytułowego odwetu.
To było jednak tylko wprowadzenie, gdyż następnie
autor przenosi nas równocześnie w kilka miejsc. Fabuła przedstawiana jest z
punktu widzenia kilku głównych postaci, żyjących i działających w Skandynawii,
Niemczech i Kanadzie. Nikogo nie powinno zdziwić, że każdy z nich jest
naukowcem w pewien sposób powiązanym z morzem, czy to badając zwyczaje
wielorybów, czy zajmującym się morskim robactwem i ogólnie pojętą geologią dna
i hydratami metanu. Wszyscy zostają postawieni w obliczu niezrozumiałych
zjawisk, które jasno wskazują na to, że przyroda kompletnie oszalała. Szybko
też dochodzą do wniosku, że w tym pozornym szaleństwie jest ukryta metoda i
ktoś lub coś wypowiedziało ludziom bezpardonową wojnę biologiczną.
Podziwiam autora za to, jak zgrabnie wykorzystał
faktycznie istniejące i poparte dowodami teorie do skonstruowania naprawdę
racjonalnej książki, którą spokojnie można zaszeregować jako katastroficzne
sci-fi lub historię alternatywną. Zamiast bawić się w wymyślanie wydumanych
katastrof poszperał po książkach i wykorzystał opcje, które, przynajmniej w
teorii, naprawdę mogą się zdarzyć. Jak na przykład wywołanie przez organizmy
żywe wydarzeń bliźniaczo podobnych do osuwisk Storegga, prawdopodobnie odpowiedzialnych
za zalanie Doggerlandu, czyli lądu łączącego Wielką Brytanię z resztą Europy.
Pomyślał, pokombinował, dodał ingerencję rasy inteligentnej i w efekcie wyszło
mu tsunami na Morzu Północnym, które uderzyło w wybrzeża Europy.
Wielka fala wielką falą, ale autor nie poprzestaje na
tym w swoich wysiłkach utrudniania ludziom życia na kartach powieści. Mamy więc
wieloryby zatapiające statki, inwazję trujących meduz, małże zatykające systemy
napędowe supertankowców i (moje ulubione) homary eksplodujące w restauracjach i
zarażające ludzi krwiożerczymi glonami. A to tylko niektóre ze smaczków,
którymi zostajemy uraczeni podczas lektury.
Książkę czytało się bardzo szybko, mimo że wypełniona
jest dużą ilością wiedzy specjalistycznej, szczególnie z zakresu morskiej
biologii i geologii dna morskiego. Jest to jednak podane przystępnie i
okraszone stosownymi wyjaśnieniami, które, choć czasami długie, nie są nawet w
najmniejszym stopniu nużące dla czytelnika.
Oczywiście nie samą biologią powieść żyje, a ludzie
nie czekają grzecznie, aż morskie stworzenia wybiją ich do cna. Mamy więc
pospiesznie zebrane grono naukowców, które za wszelką cenę stara się wymyślić
remedium, zapobiec katastrofie i powstrzymać enigmatycznego wroga, którego z
braku lepszych określeń nazwano Yrr. Oczywiście wyprawie przewodzi
reprezentacja USA, który to kraj, jako wyjątkowo mało dotknięty pierwszą falą
odwetu, dostarcza również niezbędnego do działania sprzętu. I tu dostajemy coś,
co mnie przynajmniej setnie rozbawiło – postacie z USA są w karykaturalny wręcz
sposób przerysowane, co sprawia, że trudno traktować je poważnie. To typowi
antagoniści ukryci pod płaszczykiem obłudy i dobrych intencji, w wielu
przypadkach doprawionych chorą ambicją. Do mnie ten obraz zaskakująco mocno
przemówił. Był, cytując Sapkowskiego, „taki brzydko prawdziwy”.
A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić Jesiennej kawę jak się podobało ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz