czwartek, 25 grudnia 2025

113/2025 - Olga Gromyko, Wiedźma naczelna

Gwiazdek:
 4
AutorOlga Gromyko
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Redakcja/Korekta: Ewa Białołęcka / Magdalena Byrska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data polskiego wydania: 21 października 2010
Data oryginalnego wydania: 2004
Cykl / seria: Kroniki Belorskie (tom 3) / Obca Krew
Kategoria: fantasy, science fiction
Stron: 528
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: miękka
ISBN: 9788375746242
Język: polski
Cena z okładki: 39,90 zł
Tytuł oryginalny: Verkhovnaya Ved'ma

Kliknij, by wrócić do strony głównej

I czas pożegnać się z historią o W. Rednej, naczelnej wiedźmie Dogewy. I jest to pożegnanie smutne, trochę słabe i z pewnością rozczarowujące, bo jak wcześniejsze tomy bawiły i zżyłam się z Wolhą całkiem dobrze, bawiłam się uczciwie i nie raz parskając śmiechem nad humorem kolejnych jej przygód i spostrzeżeń, tak tu... tu humor rozmył się jak kropla płynu do naczyń w stercie tłustych garów. Do połowy - jeszcze było znośnie, ale od połowy jakość leciała na łeb i szyję, bohaterowie co krok tracili szare komórki, a sytuacje zamiast bawić lekkością, znudziły i sprawiły, że męczyłam się z tą pozycją zdecydowanie za długo... Heh. Rozczarowanie, i to potężne, więc króciutko... zapraszam.

_________________________________________________________

Pierwsza połowa jest całkiem przyjemna. Wolha wyrusza w świat, by zdobyć materiały na bakałarza czwartego stopnia. Przypadkiem trafia więc do Warowni Białego Kruka, miejsca ostatecznego spoczynku świętego Fenduła. Niby nic, ale nocami po warowni spaceruje upiór, a bogobojni bracia zacisną zęby i kiesy, wiedźmę jednak dopuszczą do wyjaśnienia sekretów owego upiora. Upiór okazuje się nieco bardziej skomplikowanym problemem, ale hej, gdzie bies nie może, tam rudą pośle! Sprawa zostaje rozwiązana, Wolha może ruszyć zbierać materiały dalej... ale nie może być tak pięknie, by było dobrze, bo pierścionek zaręczynowy ją boli w palec, więc ucieczka w świat jest bardzo rozsądna, czyż nie? Więc Redna ucieka, a w ślad za nią podąża pewien mag, który decyduje się ją zgładzić. Przy okazji na świecie trochę nawala komunikacja, a przyjaciele naszej wiedźmy zupełnym przypadkiem na nią wpadają i pomagają zatrzymać ją w miejscu, kiedy ona kończy ze złamaną nogą. Ostatecznie szare komórki uciekają z prędkością światła z każdą pokonaną stroną, a im bliżej końca, tym więcej absurdów i niewiary w to, co się czyta, aż do ślubu...

Ja nie wiem, co się tu stało. Czy autorka musiała kończyć jak najszybciej to, co zaczęła przez pierwsze dwa tomy? Czy co? Ale no, za wiele srok za ogon było chyba złapane i dlatego fabuła leci na łeb i szyję. Zaczęłam się zastanawiać, co się stało z bohaterami. Wolha stała się głupią panną, która nie słucha nikogo i niczego, nie przejmuje się niczym, uważa się za nieśmiertelną wręcz i gna w przód, podczas gdy Len, obrażony śmiertelnie, staje się mrocznym obrońcą naszej bohaterki i... I połowa książki sprawiała mi ból na poziomie fizycznym, zwłaszcza kiedy dochodziło do doprawdy kretyńskich wydarzeń, które nie miały ciągu logicznego, poza takim, że należy książkę skończyć, wątki zamknąć i już, finito.

Ale chyba najbardziej drażniącym w tym tomie był wątek romantyczny. Jak wcześniej był, ale ukryty i subtelny, delikatny, gdzieś w tle, nieśpiesznie się rozwijający - tak teraz już zaraz, natychmiast musi być i basta! I to poprowadzony w taki sposób, że kole po oczach i przypomina mi kretyńskie rozwiązania z young adults, bardziej niż z fajnej, wschodniej fantastyki, do której miałam potężną dawkę sentymentu.

No właśnie, sentyment. Olga Gromyko zawsze będzie kojarzyć się mi z lekkimi, fantastycznymi powieściami, których kiedyś było pełno. Białoruskie, ukraińskie czy nawet rosyjskie fantasy wydawane kiedyś przez Fabrykę Słów stały na fajnym poziomie, ale w którymś momencie coś się stało i skończyły się i te książki, i jakość. A szkoda. Końcówka książki jest w zasadzie sztywna i niemal wymuszona, zupełnie jakby autorce brakło pomysłu i musiała pisać na akord. Zabrakło lekkości i humoru.

Bohaterowie są nijacy, miałcy, a z każdą stroną zachowują się coraz bardziej głupio. Widać to zwłaszcza, kiedy wszyscy razem się spotykają i postanawiają za wszelką cenę Wolhę przechytrzyć. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej wątpiłam w ich inteligencję, ale i samej głównej bohaterki również. A szkoda, można było pewne sytuacje poprowadzić inaczej, trochę logiczniej, przemyśleć i byłby zgrabny finał bez naciągania wszystkiego ślubem.

W całokształcie? „Wiedźma Naczelna” nie jest książką złą. Jest po prostu słaba i rozczarowująca i jeśli ktoś w pamięci ma ją jako dobrą i lekką - niech taką zostanie. Bez rereadingu jest po prostu lepiej, milej na serduszku i z humorem, którego w tym tomie wyraźnie zabrakło. A szkoda...


A jak jest naprawdę? Oceńcie sami ;) A przy okazji, możecie postawić mi kawę jak się podobało ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz